EDUKACJA
Sposób przyrządzenia kulek na krótkie wyprawy
Dobre rady | 2007-10-04 | CARP FISH SPORT S.C. Wydrukuj
Największym wrogiem łowcy karpi jest czas, a dokładnie brak czasu. Dziś już z nostalgią wspominam moje dziesięcio- lub więcej -dniowe wyprawy po wszystkich możliwych zbiornikach i niekończące się nęcenie, które je poprzedzały.
Ostatnim czasem poświęcam się już wyłącznie tylko weekendowym wyprawom, i wygląda na to, że w najbliższej przyszłości nic się nie zmieni, raczej na odwrót.
Aby osiągnąć przynajmniej trochę lepsze wyniki, byłem zmuszony zmienić całą taktykę połowu, zupełnie od podstaw. Na marginesie wspomnę o zmianach w moim sprzęcie karpiowym. Można by to było podsumować jednym zdaniem. Czym mniej, tym lepiej. Do krótkotrwałego łapania jest ważne, by błyskawicznie przystosować się do danej sytuacji, która w danym zbiorniku akurat panuje, ale głównie potrafić zmieścić się w miejscach, gdzie się rzekomo karpiarz wraz ze swoją olbrzymią wyprawą zmieścić nie może. Podstawą sukcesu jest wybór odpowiedniej przynęty.
Powinna to być przynęta, na którą karpie od razu zaczynają reagować, a równocześnie będzie oddziaływała przynajmniej trochę selektywnie, by nie dochodziło do brań niepożądanych gatunków ryb. Zacząłem próbować wszystkich możliwych i niemożliwych przynęt – różne ciasta, pelety, orzechy, kosteczki mięsa sojowego, aby w końcu stwierdzić to, co już dawno wiem.
Czyli, że najlepszą przynętą na karpie jest kulka i że będę musiał zająć się tym, aby je uczynić doskonałymi. Atrakcyjność jest ważna dlatego, by kulki pozostawiały w wodzie jak najmocniejszy ślad zapachowy, który karpie odkryją i udadzą się w kierunku przynęty.
Niby proste, a jednak nawet proste rozwiązanie ma swoje, ale…
Gotowe kulki są na pewno dobre i atrakcyjne, lecz używam ich tylko w koniecznych sytuacjach, kiedy nie mam możliwości kupić mrożonych, które uważam za lepsze jakościowo, albo kiedy nie mam własnych kulek. Po prostu własnoręcznie rolowane kulki są lepsze od tych, które wam ktoś przygotuje. Kulki dla mnie często roluje Jarda Těšínský i jestem z tej usługi bardzo zadowolony. Właśnie rolowanie i gotowanie kulek w wodzie jest tym, co najbardziej pomniejsza atrakcyjność, ponieważ część materiału z powierzchni kulek zostanie w wodzie. Dlatego kulka po ugotowaniu jest nieco mniejsza i bez zapachu.
Nie jest to żadna tragedia, wystarczy zostawić kulki – do osuszenia - na parę dni na powietrzu i atraktory znajdą sobie drogę do powierzchni. Zależy tylko od struktury mieszanki, jak długo to potrwa. Dla mnie jednak jest to za wiele wymagający wariant. Ja potrzebuję ugotować, spakować i pojechać nad wodę.
O ile chodzi o wygotowanie i wymycie materiałów z powierzchni kulki to gotowanie na parze jest o wiele oszczędniejsze. Jest to bardzo skomplikowany i powolny proces, który również odrzuciłem. Dodatkowe moczenie gotowych kulek w różnych kąpielach jest na pewno szybką i bardzo skuteczną metodą, ale niestety tylko z krótkotrwałym skutkiem i zupełnie niedogodna w zbiornikach, gdzie przy dnie są prądy wodne, a takie są wszystkie, które odwiedzam.
Zacząłem robić eksperymenty z gotowaniem kulek w mikrofalówce w formie cegiełek sklejonych z ciasta na kulki i zapakowanych do folii. Metoda ta jest bardzo prosta i szybka, wręcz genialna, lecz wynik już tak wspaniały nie był. Ugotowane ciasto, zwłaszcza na powierzchni, często pływało, lecz o wiele gorsze było to, że mikrofale nie oddziaływały zbyt dobrze na niektóre dodatki zwierzęce, jakimi są na przykład mączka rybna lub proszek wątrobowy. Wtedy z mikrofalówki wychodziło coś, co nawet nie daje się bliżej określić, a moja rodzina ma nadzieję, że już tego nigdy nie zazna.
Wyglądało na to, że będę zmuszony powrócić do klasycznego rolowania i gdyby nie było mego ojca, to nawet by do tego doszło. „Niesamowicie się z tym guzdrzesz, po prostu ugotuj to jak salceson i masz”.
Rozmieszałem z dziesięciu jajek niezbyt gęste ciasto, dodałem amino kompleks wg zaleconej dawki, ciasto napchałem do rękawa, którego używam do produkcji salcesonu, u góry go dobrze zawiązałem, tak by została mała rezerwa na powietrze rozciągnięte z ciepła i rękaw się nie rozerwał. Całość gotowałem chyba 60 minut w dużym garnku z wodą. Po ugotowaniu rękaw wyjąłem, rozciąłem i pozostawiłem ciasto do wychłodzenia. Woda po ugotowaniu została zupełnie czysta, co oznaczało, że nie doszło do żadnego wygotowania materiałów w wodzie. Wystygły bochen ciasta pokroiłem nożem na kostki i sam byłem bardzo zaskoczony, jaki intensywny zapach wydzielają kostki. Zaraz podczas pierwszej wyprawy porządnie sobie połapaliśmy. Było to na małym zbiorniku w okolicy mego miejsca zamieszkania i w ciągu 24 godzin udało nam się złowić 19 karpi. Ciekawe jednak było, że tyle karpi nie udało nam się złapać nawet za 3 lata wstecz. Wiedziałem, że udało mi się podczas produkcji przynęt pójść w odpowiednim kierunku i w końcu potwierdziły to również testy w ciągu całego sezonu. Z przynętą wyprodukowaną w ten sposób pracuje się bardzo dobrze i można ją jeszcze dalej ulepszać, ale o tym innym razem, ponieważ każdy karpiarz powinien mieć jakieś swe tajemnice.
Na zakończenie jeszcze kilka rad:
• każda mieszanka potrzebuje różnego czasu gotowania
• jeżeli ciasto w środku walca nie będzie ugotowane, nie szkodzi, można go użyć do wabienia.
• jeśli niektóre kostki po ugotowaniu będą pływać, jest to spowodowane tym, że ciasto było gotowane za długo albo mieszanka nie jest przystosowana do takiego sposobu wyrobu i jest niezbędna zmiana jej składników lub obciążenie jej
• kostki z ciasta powinno kroić się tuż przed wrzuceniem do wody, aby za bardzo nie wyschły,o ile do tego dojdzie, będą znów pływać.
• do stosowania na żyłkę trzeba użyć albo kostki z brzegu walca, albo ugotować sobie kilka przynęt osobno.
Jan Kölbl
Zdjęcia
Zobacz podobne
Wędkarskie bestsellery
-
WOBLERY Z CZARNEGO
CENA: 26,00,-

