Mirek
Mój blog
To był 1995 rok...
10 marca 2010 09:03
Zima zawitała do nas bardzo wcześnie i niespodziewanie tego roku. Rysio i Zbycho wypłynęli łódką na szczupaka 11 listopada i wrócili po 2 godzinach zmarznięci na kość. Mróz chwycił naszą mieścinę potężnym uściskiem i trzymał aż do Świąt Wielkanocnych. Czyli koniec sezonu spinningowego. I co dalej ? Nie przesiedzimy przecież jesiennej depresji przy kuflu piwa...
Spotykam sąsiada z osiedla. Mówi, że był na polnym stawie. Lód już możliwy i śmiało można wejść. Ale mamy dopiero 30 listopada ! Jest niedziela. Trochę skacowani po Andrzejkach, ale w ramach „dojścia do siebie” jedziemy na lód. Rysio, Maniek, jego zięć Jurek, Zbyszek i ja. 2 km asfaltem . Szosa dobra, odśnieżona. To droga do Granicy Państwa Z asfaltu skręcamy w drogę prowadzącą do PGR-u Łojdy.
W zasadzie byłego PGR-u. Zostały tylko chałupki byłych pracowników. Pola przejął nowy dzierżawca,Maszyny sprzedała agencja. Pozostał tylko staw . W zasadzie niczyj, bo nikt go już nie zarybiał ani nie pilnował. Ta droga nie była odśnieżana i tutaj czuć zimę pod letnimi oponami ( kto wtedy słyszał o zimówkach... ). Nosi nas po całej drodze. Na szczęście to tylko kilometr. Minęliśmy ostatnią chałupkę. Do jeziorka z 500 m po wschodzącej oziminie. Ale jest grzązko i nie uśmiecha mi się brnąć w buciorach oblepionych gliną. Decyduję się jechać do samego jeziorka. Moja Dacia ma przedni napęd no i mam 4 pchaczy jakbym się gdzieś zakopał. Udało się dojechać bez przygód.Lód jest czarny, ale nie jest za gruby. Wchodzimy niepewnie, ale po chwili łydki przestają nam drżeć.
Mam co roku to samo; niepewność i drżenie łydek, kiedy wchodzę po raz pierwszy na nieznany mi lód.. Idziemy za Zbyszkiem, tam , gdzie wczoraj połowił niezłe okonie. Łowimy na blaszki, bo ochotka wtedy była dla nas abstrakcją. Wyniki takie sobie. Kilka patelniaków, jeden może ze 25 cm. Na 5 chłopa to żaden sukces. Postanawiam iść pod pływającą wyspę. Co roku przesuwa się po stawie. Tutaj jest najgłębiej, z 5 metrów. Zakładam błystkę cacuszko, wykonaną przez kolegę. Ma ruchomą kotwiczkę z chwościkiem, co wtedy było rzadkością dostępną od święta w sklepie wędkarskim. Ale mamy dostęp do ruskich błystek i mormyszek. I to za śmieszne pieniądze. Za trzecim poderwaniem błystki od dna czuję zatrzymanie. Czyżbym zaczepił o jakiś korzeń ? Ale zaczep ożywa. Po chwili luz...Nie ma błystki i nie ma ryby. Bolesne jest wtedy pytanie co to była za ryba ? Koledzy pocieszają mnie. Jestem wkurzony, bo na inną blaszkę nie mam nawet puknięcia. Idę na inną część stawu, gdzie nikt jeszcze nie łowił.
Lód tutaj jest czysty i nikt mu nie zadał jeszcze ran siekierą bądź pierzchnią. To głębsza część stawu. Tutaj jest ze 4 metry. Mam ruskie blaszki i ruską wędkę. Denerwuje mnie ona, bo żyłka wchodzi pod szpulę wmontowanego na stałe kołowrotka. Toporne sprzęcicho. Ale innego wtedy nie było...Wpuszczam te ruskie blaszki. W zasadzie to nie mam pojęcia, ani wyobrażenia jak one pracują w wodzie , ani czy ja łowię tak jak należy. Dużo przeczytałem informacji o połowach spod lodu, ale gdzie teoria a gdzie praktyka. Mam kilka blaszek takich samych. A jedną owinąłem czerwoną włóczką. Zwykła ołowianka, trochę zagięta z jednym wtopionym haczykiem. Przetestowałem kilkanaście i nic. I wtedy założyłem tę blaszkę z czerwoną włóczką...Opuściłem ją i kilka razy pukam w dno. Tak radzili fachowcy w WW i WP. Podrywam i opuszczam. I nic. I coś mnie nagle naszło...
Po poderwaniu blaszki zatrzymuję ją nad dnem. Wiem, że się kręci i połyskuje to srebrem to ołowianą śniedzią. Delikatnie nią poruszam...I atak ! Aż poczułem to w ramieniu. Coś niebywałego ! Obudziłem się od razu. Kręcę tym kiepskim kołowrotkiem, ale on nie oddaje żyłki. Mam 0,16 mm, więc może wytrzyma. Dobrze, że to tylko 4 metry. Ryba szaleje. Ucieka w bok. Nawet ją widzę przez przezroczystą taflę lodu. Jest pod otworem. Wołam chłopaków , bo jej nie wyjmę przez taki mały otwór. Pierwszy biegnie zięć Mariana z pierzchnią a zanim reszta... Powiększa otwór, ale jak mi przetnie żyłkę ???
Lód zaczął niebezpiecznie trzeszczeć. Rysiek mówi, że to sandacz. Ale jakim cudem tu sandacz, jak nikt go tutaj nie wpuszczał...Jednak nie wypiął się. Mam go na lodzie. Nikt z nas nie widział jeszcze takiego okonia. Coś niebywałego, że w takim małym, polnym stawie taka bestia urosła...Miałem dawno temu fotkę tego garbusa z innymi patelniakami, ale musiałem wgrywać na nowo Windowsa i straciłem wszystkie dane. Wyglądał jak czołg na parkingu w FSM w Bielsku Białej.
Ta zima trzymała nas na lodzie aż do Świąt Wielkanocnych. Co się wtedy działo....Ale to może opowiem przy innej okazji...
Menu
Najnowsze wpisy
-
4 miesiące temu
-
Dawnych wspomnień czar...wielkanocne leszcze
2 lata temu
-
2 lata temu
-
2 lata temu
-
2 lata temu
Blogi - ostatnio komentowane
-
2 miesiące temu
Pieken=piękne
-
2 miesiące temu
Pieken okonie macie na swoich wodach. Felieton bardzo ...
-
Dawnych wspomnień czar...wielkanocne ...
2 lata temu
Ech... To były czasy Juro...Uczyliśmy się łowić duże ...
-
Dawnych wspomnień czar...wielkanocne ...
2 lata temu
Witam. Ha, ma Pan niewątpliwie zdolnych do poświęceń ...
-
2 lata temu
Witam. Dziękuję za kolejny świetny i plastyczny tekst. Z ...
