W gęstwinie
Przeglad prasy | 2009-05-26 | Wiadomości Wędkarskie | Źródło: Wiadomości Wędkarskie [zobacz oryginał] Wydrukuj
Przełom wiosny i lata to w wielu wodach okres bujnego wzrostu roślinności. Nie jest to jednak najlepszy czas dla łowców karpi.
Z dwóch głównych powodów. Po pierwsze, podwodne zielone łąki utrudniają, a czasami wręcz uniemożliwiają położenie zestawu. Po drugie, wśród roślin ryby znajdują masę naturalnego pokarmu, więc znacznie zmniejsza się ich zainteresowanie naszymi przynętami.
Nie oznacza to jednak, że nasze starania nie mogą przynieść oczekiwanych skutków. Ewentualny sukces, jak o żadnej innej porze roku, zależeć będzie od naszej inwencji. Przede wszystkim ważne jest rozpoznanie wody. To, że nad danym łowiskiem mieliśmy udane zasiadki w innych porach roku, nie znaczy, że również teraz możemy liczyć na udane połowy. Czerwcowe łowiska bywają zupełnie niepodobne do tych, które obserwujemy wczesną wiosną czy późnym latem.
Znam wody, gdzie nagły rozrost podwodnych roślin jest z brzegu wręcz niezauważalny. Kiedy więc w takie miejsce zarzucimy zestaw, jak to robiliśmy na przykład w maju, może okazać się, że przynęta będzie leżeć w zielonej gęstwinie, doskonale schowana przed karpiami. Dopiero gdy zechcemy zwinąć zestaw, okaże się, że na brzeg wyjmiemy kilka kilogramów zieloności. Co robić w takich okolicznościach? Szczerze mówiąc, znam tylko jeden sposób. Trzeba z wody zrobić „wizję lokalną”. Do tego wystarczy mały ponton i okulary polaryzacyjne, które pomogą nam w dokładnym prześwietleniu toni i poszukiwaniu miejsc wolnych od roślin. Jednak nawet jeżeli znajdziemy takie odsłonięte fragmenty dna, będzie nam później trudno je zlokalizować z brzegu. Inna sprawa, jeżeli dysponujemy czasem na dłuższą zasiadkę, wówczas oznaczenie miejsca markerem jest koniecznością, podobnie jak wywózka. Kiedy jednak nasza zasiadka ze względów czasowych czy organizacyjnych (lub regulaminowych) musi się ograniczyć do zarzucania zestawów z brzegu, wówczas proponuję inne rozwiązanie. Mianowicie poszukanie granicy pasa roślin. Bo karpie poruszać się będą nie w gęstwinie, a na jej obrzeżach. To właśnie może być nasz handicap, tym bardziej że proponuję łowić w miejscach niezbyt oddalonych od brzegu. Tak więc rzuty będą krótkie, ale bardzo celne. Najważniejsze jest umieszczenie zestawu tuż przy ścianie roślin. Parę razy przekonałem się, że kiedy przynęta znalazła się 20–30 centymetrów od roślin, karpie w ogóle się nią nie interesowały. Kiedy jednak była dużo bliżej, zdawała się być ich naturalną częścią, ryby brały bez żadnych oporów. Prawdopodobnie dla karpia naturalne jest, iż jedzenie znajduje się wewnątrz i na obrzeżu roślin, więc to, co jest na zewnątrz, w ogóle nie wzbudza jego zainteresowania lub, co jest równie możliwe, wydaje się podejrzane.
Równie ważne jest zachowanie się przynęty w zestawie. Dla mnie najważniejsze jest, aby było jak najbardziej naturalne, więc stosuję kulki neutralnie wyporne, a przede wszystkim bałwanki, które pozwalają na dowolną regulację pływalności. Wystarczy do dolnej kulki tonącej dołożyć odpowiedniej wielkości (wyporności) kulkę pływającą, by całość bardzo wolno opadała na dno i lekko się od niego odrywała przy niewielkim poruszeniu wody.
Zestaw konstruuję tak, aby odcinek włosa między kulkami a haczykiem miał nie mniej niż 5 mm, nie więcej zaś niż 1 cm. Pomaga to w bardzo naturalnej prezentacji przynęty. Kiedy karp nie będzie czuł żadnego niebezpieczeństwa, mocno wessie bałwanka wraz z haczykiem.
Łowiąc tuż przy roślinach, nigdy nie nęcę wokoło, aby nie zrobić nienaturalnego wrażenia. W miejscach, które są odwiedzane przez karpie, naprawdę wystarczy sama przynęta. Kogo to rozwiązanie nie przekonuje, ten oczywiście może doczepić do haczyka mały woreczek lub siateczkę PVA z drobnym pelletem i pokruszonymi kulkami. Zauważyłem, że w takich okolicznościach świetnie działają jaskrawe kulki fluo, których używam jako pływaków w bałwankach. Karpie mają nie tylko doskonały węch, ale również dobry wzrok i zapewne z ciekawości szybciej wynajdują jaskrawe kulki niż te o stonowanych barwach.
Inną sprawą są zapachy. Większość roślin wodnych wydziela bardzo intensywny aromat, który w szybkim czasie potrafi zneutralizować flavour zawarty w kulce. Wówczas moją bronią są aromaty owoców lasu, ale ich użycie nie zawsze jest konieczne. Wystarczy, aby w kulce znalazła się odpowiednia dawka mączki rybnej (znakomita jest halibutowa, śledziowa lub dorszowa), która zapobiega chłonięciu zapachów z wody.
Łowiąc w bezpośrednim sąsiedztwie roślin, nie zapominajmy też o odpowiednim dobraniu sprzętu, a przede wszystkim o zastosowaniu przyponu strzałowego (najlepiej z grubej żyłki), który pozwoli zapobiec przetarciu zestawu podczas holowania wśród podwodnych gęstwin. I jeszcze jedna uwaga – po braniu karpie zazwyczaj wbijają się w rośliny. Wówczas nie można ich stamtąd wyciągać na siłę. Samo naprężenie linki i siła działająca na karpia spowodują, że po pewnym czasie on sam wypłynie na czystą wodę i umożliwi bezpieczne holowanie.
Przemysław Mroczek
Zobacz podobne
Dodaj komentarz
Komentarze (1)
-
Krzysztof Mariak Data dodania: 3 lata temu Oceń: 0 + / -
Do użytkownika -KINX-Nie mogę inaczej się z tobą skontaktować . Wysyłasz mi zaproszenie do kontaktów, a masz zablokowane przyjmowanie wiadomości, to mam pytanie, na czym ma polegać nasza znajomość??? Przepraszam autora artykułu, że pisałem nie na temat, ale tylko w ten sposób mogłem wysłać wiadomość.
reklama
Nasza sonda
Najczęściej komentowane
-
Sum gigant
Komentarzy: 218
-
Niepotrzebne rejestry połowów?
Komentarzy: 202
-
Kłusownictwo: sposób na przetrwanie?
Komentarzy: 112
-
KARTA WĘDKARSKA przez internet
Komentarzy: 109
-
Wpadka kłusownika
Komentarzy: 94
-
O wodzie na Mietkowie
Komentarzy: 92
Wędkarskie bestsellery
-
Czapka Jaxon UJ-CZX02A
CENA: 25,00,-

