Przepływanka

Przeglad prasy | 2009-08-11 | Wiadomości | Źródło: Wiadomości Wędkarskie [zobacz oryginał] Wydrukuj

Oceń:

Gdy myślę o wędkowaniu w rzece i patrzę na to przez pryzmat lata i wakacji, to rodzi się we mnie złość i rozgoryczenie. Te rzeki, nad którymi się wychowałem i które nadal są moimi ulubionymi łowiskami, są raczej małe, najwyżej średniej wielkości.

W swoich nizinnych odcinkach w ciepłych porach roku niemiłosiernie zarastają, do tego stopnia nawet, że na wielu odcinkach wręcz nie ma gdzie wędki włożyć. Myślę tu głównie o Noteci czy Wełnie, ale jest to problem, jak się zdaje, ogólnopolski. W wielu miejscach rzeki przypominają raczej zarośnięty staw karasiowy niż rzekę, w której moglibyśmy łowić na przepływankę.
Gdy zatem przychodzi mi formułować rady, jak poradzić sobie w letniej rzece, to pierwsza z nich brzmi – przede wszystkim poszukać takiej, w której można swobodnie poprowadzić spławik.

Letnie przygotowania biegną jak gdyby dwoma niezależnymi torami – pierwszy z nich to te wszystkie zabiegi, aby przygotować dobrą, wabiącą ryby zanętę, która nie wymagałaby zabiegów niemożliwych do wykonania w warunkach polowych i nie zrujnowałaby naszej kieszeni. O zanęcie za chwilę; drugi tor to przygotowania sprzętowe i odpowiedź na pytanie – jakie zabrać wędki, jakie spławiki, haczyki. Co zabrać i ile tego zabrać, żeby nie pozbawić się przyjemności wędkowania, a jednocześnie być skutecznym?

Ryby z nurtu
Wbrew wyobrażeniom niektórych wędkarzy, w rzece ryby najłatwiej znaleźć w głównym prądzie. Jeśli jakieś przebywają w zatokach czy zastoiskach, raczej na pewno będzie to drobiazg. Główny nurt przyciąga natlenioną wodą, atrakcyjnym pożywieniem znoszonym przez wodę. A jeśli łowienie w nurcie, to wiadomo – przepływanka! Nawet najbardziej leniwie meandrująca rzeka zachęca do zastosowania tej metody. Moim zdaniem to jedna z tych metod, którą nie sposób się znudzić, a jest jednocześnie na tyle prosta i nieskomplikowana, że z czystym sumieniem polecić ją można nawet początkującym – po krótkim kursie każdy łapie o co chodzi. Mam na myśli, rzecz jasna, przepływankę w wydaniu amatorskim, z batem i najprostszym, pełnym zestawem.
Doskonale pamiętam swoją pierwszą wyprawę nad rzekę. Dzięki mojemu nauczycielowi mój pierwszy zestaw odpowiadałby standardom, jakie obowiązują także i dzisiaj – sześciometrowy teleskop francuskiej firmy Lerc z pełnym zestawem, a w nim spławik w kształcie odwróconej kropli. Zestaw obciążony był według schematu, który i dzisiaj uznaje się za klasyczny – ołowiana łezka zablokowana 50 cm powyżej haczyka, 15 cm poniżej jedna śrucina, kolejne 10 cm niżej następna, mniejsza śrucina, opierająca się na łączeniu żyłki głównej i przyponu. Najbardziej odpowiednia długość przyponu to 20–25 cm. Tym zestawem uczyłem się łowić metodą przepływanki i stosuję go nadal, gdy przychodzi mi łowić płocie czy jelce. Ten sposób łowienia, bardzo intuicyjny i nieskomplikowany, wymagający od wędkarza jedynie kontroli zestawu, czasami tylko lekkiego przytrzymywania, które ma na celu wykonywanie ruchów prowokujących ryby do brania, bardzo dobrze sprawdza się w letniej rzece. Jest pewniakiem, jeśli chodzi o łowienie ryb aktywnie uganiających się za pożywieniem – wspomniane płocie i jelce, ale także jazie, klenie, certy, rozpióry. Jeśli chodzi o gruntowanie, to mamy pewne pole manewru – możemy tak ustawić grunt, by na dnie znajdował się tylko przypon, wtedy każde przytrzymanie zestawu skutkuje odrywaniem się od dna przynęty, która fruwa nad nim dość wysoko. Tak najczęściej rozpoczynam wędkowanie, sprawdzam w ten sposób, czy w zanęcie pojawiły się jakiekolwiek ryby. Biorą najczęściej płotki wybierające wymywane z zanęty drobinki. Z biegiem czasu przesuwam spławik w górę, staram się, aby główna oliwka przesuwała się nad dnem, a wtedy śruciny leżą na dnie.

Takim zestawem, jeśli mamy odpowiednio duży spławik i potrafimy mocno go przytrzymać, możemy łowić leszcze. Nawet w rzece o średnim uciągu spławik nie powinien mieć mniejszej wyporności niż 4 gramy, a im szybszy nurt, tym większe spławiki stają się potrzebne – jednak maksymalnie 8–10 gramów. Najlepsze są bombki, ewentualnie korpus może przypominać odwróconą kroplę, kil metalowy. Żyłka główna 0,14 mm, przypon 0,12 mm. Haczyk oczywiście dobrany do przynęty, a ponieważ latem preferuję większe przynęty, nie mniejsze niż 3–4 duże białe robaki, to i haczyk powinien być większy: numer 12–14, wykonany z mocnego i sprężystego drutu.

 

 

Tyczka i bolonka
Oczywiście, długa tyczka i skrócony zestaw dają o wiele większe możliwości, bardziej precyzyjną kontrolę zestawu i szybsze, celniejsze zacięcie, a także możliwość stosowania zarówno zestawów lżejszych, jak i dużo cięższych, w tym zestawy do metody „na stopa”. Z drugiej strony nie zapominajmy – swobodne operowanie tyczką wymaga kosza wędkarskiego i platformy lub wędkarskiego kombajnu (chodzi o odpowiednie i pewne ułożenie ciała). To już wędkowanie na poły stacjonarne, nie ma mowy o swobodnej wędrówce. I jeszcze jedno – nawet najlżejsza tyczka swoje jednak waży. Wielogodzinne wędkowanie i ustawiczne wjazdy i wyjazdy nie są raczej obojętne dla naszych mięśni i kręgosłupa. A kilka dni takiego wędkowania to niczym obóz przetrwania. Jeśli jednak nie zraża Was fakt, że trzeba zabrać ze sobą mnóstwo sprzętu, to tyczka będzie jak najbardziej odpowiednia.
W wielu dużych i rozległych rzekach, gdzie dobre łowiska znajdują się poza zasięgiem zarówno bata, jak i tyczki, jedyną skuteczną metodą będzie bolonka. 6-metrowe wędzisko teleskopowe wyposażone w mocny kołowrotek to najbardziej odpowiedni sprzęt. Łowi się wędziskiem wysoko uniesionym w górę, co pozwala nam kontrolować spływ zestawu. Gdy rozpoczynamy przygodę z metodą bolońską, zacznijmy tak – ustawmy grunt nieco większy niż rzeczywista głębokość łowiska. Po zarzuceniu zestawu obserwujmy jego zachowanie, pamiętając, że powinniśmy tak nim manipulować, żeby przesuwał się po dnie wolniej niż prąd wody. Jeśli uda nam się tak ustawić grunt, że spławik nie będzie tonął, choć obciążenie będzie się przesuwało po dnie, możemy przystąpić do wędkowania. Przypon musi być odpowiednio długi, co najmniej 60–80 cm. Wtedy przynęta będzie swobodnie porywana przez prąd i w sposób naturalny prezentowana rybie – przed toczącym się obciążeniem. Branie będzie objawiało się najczęściej przytopieniem, gdy zaś do zanęty wejdą leszcze, możemy spodziewać się, że będą wystawiały spławik.

Zanęta – tanio i dobrze
Letnie wędkowanie wymaga odpowiedniego nęcenia. Potrzebujemy sporej ilości zanęty, a ta jest, jak wiadomo, dość droga. Czy jesteśmy skazani na firmowe mieszanki i drogie dodatki?
Po pierwsze – zanęta nie musi być tak bogata (i droga…) jak ta, którą trzeba przygotować na czas zawodów czy krótkiej, 3–4-godzinnej zasiadki, kiedy chcemy ryby zwabić szybko. A to oznacza, że możliwe jest zrezygnowanie z wielu drogich dodatków. Wystarczą proste składniki, a kluczowy jest – w kolejności – odpowiedni aromat, dodatek żywych przynęt, głównie białych robaków (lub pinek), oraz, w przypadku łowisk typowo leszczowych, czerwonych robaków,
a do tego odpowiednie obciążenie. Na całodniową sesję wędkarską potrzebujemy mniej więcej mieszanki o objętości 17 litrów, czyli tyle, ile mieści się w standardowym wędkarskim wiadrze.

A teraz przygotowanie:
– bazą zanęty jest kilogram grubo zmielonej kaszy kukurydzianej, którą należy sparzyć, aby była miękka – kasza ma dość spory ciężar właściwy, dobrze klei, a do tego ma przywabiający ryby aromat; zaparzenie kaszy nie powinno być problemem nawet w warunkach polowych;
– do tego dodajemy kilogramowe opakowanie najtańszej zanęty (byleby nie była zbyt mocno aromatyzowana) lub nawet zwykłej bułki;
– następnie dodajemy pół kilograma kukurydzianej mąki;
– dokładamy pół kilograma płatków owsianych;
– w prosty sposób można poprawić właściwości wabiące, wystarczy dodać niewielką ilość kolorowego pieczywa
– żółty kolor wabi leszcze, na czerwony dobrze reaguje płoć.
Nim przystąpimy do aromatyzowania oraz odpowiedniego nawilżania, powinniśmy dodać do zanęty klej. Jego ilość zależy oczywiście od siły prądu, a tę oceniamy po wyporności potrzebnych do swobodnego spływu spławików. Jeśli będzie to do 5 gramów, do zanęty wystarczy dodać pół opakowania kleju Lorpio, jeśli do 10 gramów lub więcej – całe opakowanie.

Ponieważ w zanęcie znajdują się grube cząsteczki, nie będziemy mogli przetrzeć jej przez sito. Dlatego niezbędne jest dokładne, nawet kilkakrotne wymieszanie. Równocześnie w osobnym naczyniu rozpuszczamy w wodzie jedną szklankę melasy, a następnie tym płynem zwilżamy (bardzo ostrożnie!) zanętę, ciągle mieszając. W efekcie powinna powstać zwięzła masa, z której możemy uformować ścisłe kule.
To jednak nie koniec pracy nad zanętą. Trzeba ją koniecznie obciążyć, ponieważ złożona ze składników spożywczych zanęta najczęściej jest zbyt lekka i nurt może zepchnąć kule w dół rzeki. Jedną z opcji jest dodanie żwiru – nic nie kosztuje, a świetnie spełnia swoją rolę, bo ma duży ciężar właściwy. Ważne, żeby jego średnica nie była większa niż 3–5 mm. Żwiru w zanęcie nie może być więcej niż mniej więcej 30 procent, w przeciwnym razie zanęta będzie miała tendencję do rozsypywania się.
Innym sposobem jest dodanie gliny. Ten dodatek preferują wędkarze wyczynowi, gdyż glina nie ma wielu wad żwiru i można ją łączyć z zanętą w dowolny niemal sposób. Standardowo do opisywanej porcji zanęty można dodać ok. 2–4 kg gliny.

Ostatnim etapem jest dodanie przynęt zanętowych. Latem preferuję duże białe robaki, zarówno na haczyku, jak i w zanęcie, a jako alternatywa, szczególnie w łowiskach leszczowych, dobre są także czerwone robaki, zwłaszcza gnojaczki. Nie potrzeba ich wiele – wystarczy dosłownie ćwierć litra na całe wiadro zanęty. Pamiętajmy też, że żywe robaki będą szybko wydostawały się z zanęty, ale o to chodzi – spływając w dół rzeki, będą wabiły nie tylko płocie i leszcze, ale także jazie, klenie i brzany, które za białymi robakami wprost przepadają.

Józef Wróblewski

Zobacz podobne

Dodaj komentarz

Komentarze (1)

  • PAWEŁ BUTKIEWICZ Data dodania: 2 lata temu Oceń: 3 + / -

    esox

    Nie posiadam w swoim arsenale tyczki,ale bat i bolonka mają swoje miejsce między moimi kijkami.Przepływankę uskuteczniam na rzece Odrze.Mam 6 metrową bolonkę i mogę powiedzieć,że nie ma piękniejszego widoku niż wykładający się spławik.Leszcze są głównym moim celem jeśli chodzi o Odrę.Zanętę i dodatki zawsze kupuję w sklepie i robię ją po swojemu.Nie mam stałej receptury,robię po prostu pod nos.Do zanęty dodaję glinę dociążającą,klej i pinkę.Dodaję też parzoną pszenicę którą leszcze(i nie tylko )uwielbiaja.Na haczyk zakładam baiałe zaprawione atraktorem-piernik lub czerwone robaczki prosto z działki.Tak jak autor opisał żadna filozofia a wędkowanie emocjonujące.

reklama

Nasza sonda

Ile rocznie wydajesz na wędkowanie?

  • do 500,- zł
  • 500,- do 1000,- zł
  • 1000,- do 2000,- zł
  • 2000,- do 3000,- zł
  • 3000,- do 4000,- zł
  • powyżej 4000,- zł

Głosuj

wyniki

Najczęściej komentowane
Wędkarskie bestsellery