Jak chronimy drapieżniki
Przeglad prasy | 2009-08-17 | Wiadomości | Źródło: Wiadomości Wędkarskie [zobacz oryginał] Wydrukuj
Bardzo lubimy łowić sandacze, szczupaki i sumy, ale też ryby łososiowate, i nie ulega wątpliwości, że trzeba je chronić bardziej niż inne gatunki. Granice tej ochrony są jednak nad wodą różnie komentowane. Jedni chcą je łagodzić, inni bardziej zaostrzać.
Co jakiś czas powracają pomysły, aby wzorem krajów anglosaskich zafundować naszym drapieżnikom, np. szczupakowi i sandaczowi, również górny wymiar ochronny. Ale propozycje te nie znajdują na razie na polskim gruncie wielu entuzjastów. Może dlatego, że w wielu akwenach niełatwo o wymiarową sztukę, a naukowcy nie popierają tworzenia populacji wyrośniętych ryb. Okazuje się bowiem, że najlepsze geny przekazują średnich rozmiarów tarlaki – czyli tej wielkości ryby, które wędkarze chętnie widzieliby na haczyku. Tymczasem przeciwnicy szerokiego i, co podkreślają, często dziurawego parasola ochronnego optują za skracaniem i przesuwaniem okresów ochronnych, aby dopasować je do polskich realiów – nawet za cenę podwyższenia wymiarów ochronnych. Są również za przywracaniem wędkarzom wcześniej odebranych przywilejów, jak np. możliwość stosowania podrywki wędkarskiej czy łowienia dwiema wędkami pod lodem. Mają wiele pomysłów, bardziej lub mniej trafnych, z którymi warto się zapoznać.
Okresy ochronne
Wiemy, że są potrzebne dla gatunków drapieżnych. Ale czy w niektórych przypadkach nie ma przesady w ich rozpiętości?
Weźmy na przykład suma. Od 1998 roku został objęty ochroną w okresie od 1 listopada do 30 czerwca, z wyjątkiem Odry poniżej ujścia Warty, gdzie okres ochronny trwa od 1 marca do 31 maja.
Kuriozum tego przepisu polega na tym, że dzieli się polskie wody śródlądowe, w tym również Odrę, na takie, w których to wąsacz potrzebuje 8-miesięcznej ochrony, i na takie, gdzie właściwie można go łowić przez okrągły rok.
Ministerialni urzędnicy, twórcy owej nowinki, uzasadniali, że ten region kraju jest najcieplejszy, co skutkuje wcześniejszym tarłem wielu gatunków ryb. To ciekawe, bo miętusa w dolnej Odrze w ogóle pozbawiono okresu ochronnego. Widocznie nie powinien żyć w tej „cieplarni”, bo tarło odbywa zimą w wyjątkowo chłodnej wodzie. Niektórzy wędkarze się śmieją, że był to pomysł jednego z dzierżawców rzeki, który chciał się pozbyć największych pożeraczy ikry – i tak pozostało do dziś.
Co się tyczy zaś pozostałych wód, to ochrona suma przez tak długi okres nie ma większego uzasadnienia. Przede wszystkim dokładnie nie wiadomo, kiedy wąsacz wyrusza na tarło. A gdy już wyruszy (a to wiadomo na pewno), nie tworzy stad tarłowych i w związku z tym nie jest narażony na przypadkowe podhaczanie i masowe odławianie sieciami. Chronić sumy oczywiście trzeba, ale w okresie jesienno-zimowym, gdy kładą się w zagłębieniach rzeki jeden obok drugiego i są łatwe do wytropienia. Dlatego najlepszym rozwiązaniem byłby okres ochronny trwający od 15 października (wtedy sum przestaje żerować) do końca kwietnia albo maja.
Spośród innych gatunków warto przyjrzeć się troci wędrownej, a może nawet i łososiowi. Te ryby są objęte okresem ochronnym trwającym od 1 października do 31 grudnia (poza Wisłą i jej niektórymi dopływami, gdzie obowiązują inne przepisy). W opinii wielu miłośników zimowych eskapad, już w grudniu (albo przynajmniej od 15 grudnia) powinno się zezwolić na sportowy połów tych salmonidów. Powodów jest przynajmniej kilka. Ale jeden przemawia za tą propozycją aż za nadto: przed świętami nasila się kłusownictwo w pomorskich rzekach, a z doświadczenia wiadomo, że obecność trociowych wędkarzy nad wodą jest na kłusoli najlepszym straszakiem.
Zaostrzenia w Regulaminie PZW
Związkowy „Regulamin amatorskiego połowu ryb” też warto przewietrzyć. Jest w nim kilka niefortunnych i mało logicznych zakazów. Bodaj najbardziej irytujące wędkarzy są wydłużone okresy ochronne dla sandacza i szczupaka. Państwowe przepisy zezwalają na łowienie tych ryb jeszcze w styczniu i lutym (z wyjątkiem szczupaka w rzekach), a przepisy związkowe na wodach PZW kategorycznie tego zabraniają (nie zabraniały jedynie w sezonie zimowym 1998 – 99).
I oto od 10 lat mamy taką sytuację, że w styczniu i lutym w zamarzniętych jeziorach spółek rybackich wędkarze mogą łowić sandacze i szczupaki, a w związkowych jeziorach nie mogą. Jeżeli mają w swojej okolicy takie akweny do wyboru, nietrudno zgadnąć, gdzie zapłacą za wędkowanie na początku sezonu. Tych wspaniałych drapieżników przecież drastycznie nie ubędzie, gdy zezwolimy na ich połów wyłącznie z pokrywy lodowej. Ktoś powie, że w styczniu i lutym są nabite ikrą... A w grudniu nie są?
Sandacza i szczupaka wcale nie jest tak łatwo zimą namierzyć i przechytrzyć. Kto często wędkuje pod lodem, ten dobrze wie, że sporadycznie udaje się te ryby wyholować. Zresztą samo wprowadzenie ryby do przerębla wymaga nie lada kunsztu i opanowania. Więc po co jeszcze wędkarzom tę przyjemność odbierać.
Kolejnym kwiatkiem w naszym „Regulaminie” jest srebrnooki boleń, nazywany żartobliwie „łososiem dla ubogich”. Rybka zwinna, sportowa, łowiona przez spinningujących wędkarzy głównie w dużych i średnich nizinnych rzekach.
Przepisy państwowe nie przyznały boleniowi okresu ochronnego. Za to Związek dał mu aż cztery miesiące wytchnienia (wytchnienia pozornego, o czym będzie mowa dalej), począwszy od 1 stycznia do 30 kwietnia. I tak dla „ubogich” pozostał w tym okresie tylko łosoś pomorski.
Doprawdy trudno zrozumieć, jakie przesłanki przyświecały autorowi bądź autorom tego przepisu, bo, jak wiadomo, boleń nie ma większego znaczenia gospodarczego, a jego mięso nie należy do rozchwytywanych na pniu rarytasów. Większość wędkarzy wypuszcza te ryby z powrotem do rzeki i... wcale niełatwo je złowić. Dlaczego więc je chronimy?
Zachodnie technologie i patenty
Przed trollingiem, który jest popularną metodą łowienia ryb drapieżnych w Ameryce, Skandynawii i na wszystkich morzach i oceanach świata, broniliśmy się przez wiele lat. W końcu udało się metodę umocować w „Dzienniku Ustaw” i „Regulaminie”. Wreszcie mogliśmy zakosztować na polskich wodach zakazanego „Big Game”. Niestety, tylko za pomocą jednej wędki... Czyżby trollingowanie było skuteczniejsze od dwóch zarzuconych żywcówek?
Euforia i tak nie trwała długo. Wiele zarządów okręgów z roku na rok uszczuplało areał wód przeznaczony dla amatorów trollingowania i sukcesywnie pozbywało się awangardy polskiego wędkarstwa. Zapewne zapominając o tym, że wytrawni trollingiści potrafią zostawić mnóstwo pieniędzy u gospodarza rybnej wody, a przy okazji w okolicznych pensjonatach, sklepach wędkarskich i na stacjach benzynowych, bo silnik w trollingu, podobnie jak kolebiąca się na boki przynęta, pracuje bez wytchnienia.
Jeżeli nadal będziemy zabraniać trollingowania, wędkarze bez wahania przeniosą się z łodziami w inne regiony kraju. I zapłacą podwójnie, aby tylko przejechać się swoją dorożką po falach.
Broniliśmy się również przed echosondą, która jest dzisiaj zamocowana niemal na każdej łodzi wędkarskiej. Wciąż bronimy się przed metodami, które polegają na prowokowaniu ryb drapieżnych za pomocą przynęt poruszanych w pionie. Tak można łowić ryby tylko spod lodu, ale z łodzi już nie.
Słowacy z powodzeniem stosują ten sposób na okonie, sandacze i szczupaki. I dziwią się, dlaczego w Polsce takiej techniki się zabrania. Bo właściwie po co ograniczać wędkarza w tej materii. Jeżeli chce, niech prowadzi przynętę w pionie, na skos, poziomo i metr nad powierzchnią wody. Ma używać regulaminowych przynęt, przestrzegać limitów, wymiarów oraz okresów ochronnych – i tyle.
Nowa moda – no kill
Podobno wszystkie przepisy można jakoś obejść. W wędkarstwie pokazali to niektórzy zwolennicy metody „złów i wypuść”, czyli „no kill”. Dla tych wędkarzy, rekrutujących się głównie z pokoleń internetowo-komórkowych, nie istnieją żadne okresy i wymiary ochronne, nie ma limitów dobowych, nie ma też rejestracji połowów wędkarskich, bo przecież złowione ryby wypuszczają z powrotem do wody. Nawet jeśli gospodarz łowiska zdecyduje, że podstawą do wydania kolejnego zezwolenia jest zwrot wypełnionego rejestru połowów wędkarskich z roku poprzedniego, „nokilowiec” wpisze popularną regułkę „wszystkie złowione ryby wypuściłem”.
I co, gospodarz nie wyda mu zezwolenia? Wyda, bo przecież najlepsi są tacy wędkarze, którzy wypuszczają złowione ryby i jeszcze za nie płacą.
Dawniej, aby pochwalić się wyholowanym okazem, wędkarz musiał złowić go zgodnie z przepisami i raczej rzadko udawało się zwrócić rybie wolność. Dzisiaj są tacy, którym wystarczy szybka fotka „wypasioną” komórką i błyskawiczne przesłanie kolegom MMS-a lub zamieszczenie fotki w Internecie. Nieważne, czy ryba jest w okresie ochronnym czy nie jest. Liczy się tylko okaz, bo przepisy wędkowania nie zabraniają, a zakaz dotyczy jedynie zabierania chronionych gatunków z łowiska (np. w Szwecji wędkowanie w rzekach, do których wpływają tarlaki ryb łososiowatych, jest dozwolone tylko poza okresem ochronnym).
Gdyby wszyscy wędkarze stosowali zasadę „no kill”, zapewne wiele przepisów nie miałoby większego sensu. Ale tworzono by nowe, egzekwujące prawo chronionych ryb do spokojnego żerowania, bezpiecznego odpoczynku i niczym niezakłóconej wędrówki na tarliska.
Drapieżniki są podobno naszym oczkiem w głowie. Zatem chrońmy je, zarybiajmy nasze wody, walczmy z kłusownikami i trucicielami wód, ale nie ograniczajmy sami sobie przyjemności z wędkowania.
Andrzej Zieliński
Zobacz podobne
Dodaj komentarz
Komentarze (15)
-
bob55 Data dodania: 2 lata temu Oceń: 1 + / -
Panie Andrzeju Zieliński, niech pan nie mydli ludziom oczi i nie robi z mózgu wody. Sprawa jest prosta jak seks. Użytkownik wody czy dzierżawca ma obowiązek prowadzić racjonalna gospodarkę rybacka. Racjonalna gospodarka ma na celu utrzymywanie populacji ryb na dobrym poziomie. Nieistotne jest jak to zrobi, ma być i basta. Teraz proszę odpowiedzieć na pytanie czy na wodach PZW populacja ryb jest utrzymywana na dobrym poziomie. 99,9% wędkarzy odpowie panu, ze nie. Unika pan tego tematu w tych swoich dyrdymałach jak ognia. Po co mówić o istocie problemu jak można pieprzyć dudy o wędkarzach wypuszczających ryby. Pisałem to x razy. PZW wydłużyło okresy ochronne do granic absurdu. A ryb nie przybędzie od tego, bo ryb ubywa nie z powodu łowienia ale z powodu ich zabijania. To limity są podstawowym instrumentem regulacji równowagi. Zamiast ograniczyć np. ilość sumów do 1 szt. i 1 m, to mam 3 szt. 70 cm i absurdalnie długi okres ochronny. Tak zarządzają wodami nieudacznicy których należy wysłać w kosmos. Pan Zieliński jest propagandzista tych nieudaczników a ten tekst to typowa agitka. Faktycznie wszystko przez nokillowcow bo robią sobie fotki z sumami w czerwcu. Tragedia :)))
-
PAWEŁ BUTKIEWICZ Data dodania: 2 lata temu Oceń: 3 + / -
Według mnie jeśli chodzi o wypuszczanie złowionych ryb to jest troszkę lepiej.Coraz więcej ludzi potrafi złowioną rybkę wypuścić i to bez problemu.Ale jest jeszcze większość wędkujących którzy tylko po to jadą nad wodę by załadować lodówkę i to nie koniecznie wymiarowymi rybami.Drapieżniki są chyba najbardziej atrakcyjnymi rybami więc się zgodzę z tym,że co niektórym ciężko jest zwrócić mu wolność.Pochodzę z rodziny wędkarzy którzy niestety z etyką nie mają nic wspólnego i od dziecka widziałem jak zabiera się większość złowionych ryb.Ale my młodsze pokolenie jesteśmy już w stanie sobie poradzić z wypuszczeniem ryb i uczymy tego nasze dzieci,więc będzie jeszcze lepiej.Wiadomo,że nie każdy tak będzie robił bo różne są podejścia do wędkarstwa.Co do "no kill" nic nie mam a wręcz przeciwnie,jeśli ktoś ma takie poglądy to jego sprawa.Walka z kłusonictwem i częstsze kontrole też mają wpływ na pomoc w ochronie drapieżników i innych ryb.
-
ichtiolon Data dodania: 2 lata temu Oceń: 1 + / -
Bardziej żenującego artykułu mięsiarsko nastawionego autora już dawno nie czytałem.
Widze że pana Zielińskiego bardzo boli fakt że ktoś potrafi wypuścić wymiarowego dużego szczupaka czy sandacza a sam nie potrafi bo widzi tylko mięso, mięso byle więcej. -
roch Data dodania: 2 lata temu Oceń: 4 + / -
"Podobno wszystkie przepisy można jakoś obejść. W wędkarstwie pokazali to niektórzy zwolennicy metody „złów i wypuść”, czyli „no kill”. Dla tych wędkarzy (...) nie istnieją żadne okresy i wymiary ochronne, nie ma limitów dobowych, nie ma też rejestracji połowów wędkarskich, bo przecież złowione ryby wypuszczają z powrotem do wody. Nawet jeśli gospodarz łowiska zdecyduje, że podstawą do wydania kolejnego zezwolenia jest zwrot wypełnionego rejestru połowów wędkarskich z roku poprzedniego, „nokilowiec” wpisze popularną regułkę „wszystkie złowione ryby wypuściłem”.
I co, gospodarz nie wyda mu zezwolenia? Wyda, bo przecież najlepsi są tacy wędkarze, którzy wypuszczają złowione ryby i jeszcze za nie płacą."
Panie Redaktorze.
Czemu oczernia Pan "nokillowców", pisząc, że "złów i wypość" to pretekst do łowienia w okresie ochronnym? Ludzie od których uczyłem się C&R (złów i wypuść) to wędkarze etyczni -rzec by można -do bólu. Ich etyczność przejawia się również w bezwzględnym przestrzeganiu przepisów. Jakie by one nie były...
Co do rejestrów. Swoją przygodę z PZW skończyłem jakieś dwa lata temu. Rejestry wypełniałem zgodnie z zasadami. Będąc na łowisku, miałem wpisane łowisko i datę. Bo tak trzeba. Złowione ryby wypuszczałem. Nie wpisywałem ich, bo w rejestrze była mowa o rybach zabranych z łowiska. Nie było rubryczki dla ryb wypuszczonych. Rejestr oddawałem mając wpisaną jedną lub dwie ryby. Wszystko zgodnie z regułami.
Limity i wymiary. To nie jest tak, że -jak Pan Redaktor raczył się wyrazić -nie dla mnie. Nie! Ja po prostu mieszczę się w nich razem z moją łodzią, woderami i kapeluszem! Poza tym zabieram jedną lub dwie ryby w roku -w ramach limitu i wymiaru, oczywiście.
Na koniec chciałbym uświadomić Panu Redaktorowi jedną rzecz. Ja, "nokillowiec" płacę za MOŻLIWOŚĆ WĘDKOWANIA, nie za ryby! Za mięso płacę w sklepie. Wędkowanie zaś to spotkanie z rybą. Czerpię przyjemność z samego łowienia. Rzut, branie, hol... :)
Tyle że ryby muszą być w wodzie, a nie w zamrażarce.
Kłaniam się nisko. Tomasz Grochola "Roch -
kwinto Data dodania: 2 lata temu Oceń: 2 + / -
"Podobno wszystkie przepisy można jakoś obejść. W wędkarstwie pokazali to niektórzy zwolennicy metody „złów i wypuść”, czyli „no kill”. Dla tych wędkarzy, rekrutujących się głównie z pokoleń internetowo-komórkowych, nie istnieją żadne okresy i wymiary ochronne, nie ma limitów dobowych, nie ma też rejestracji połowów wędkarskich, bo przecież złowione ryby wypuszczają z powrotem do wody. "- Totalnie nie rozumiem "zalu" Pana redaktora skierowanego pod adresem zwolennikow metody "zlow i wyposc". Przeciez zwiazek powinien sie cieszyc, ze sa ludzie ktorzy zlowione ryby wypuszczaja. Ja zrekrutowalem sie w Stanach gdzie od dwudziestu lat mieszkam. Wypuszczam zlowione ryby nie dlatego, ze wierze w jakas ideologie, ale poprostu dlatego ze zlowienie i wypuszczenie ryby daje mi wieksza satysfakcje niz pazerniactwo. W tym roku mialem okazje powedkowac w Polsce pierwszy raz od prawie dwunastu lat. Na Mamrach nie ma ryb! "Rybolustwo", a raczej legalne klosownicto jest zaraza polskich wod. Bo co PZW robi gdy w zimie kilku gosci zwanych rybakami wyciaga 1.5 tony tracego sie szczupaka. Wystarczy porozmawiac z lokalnymi wedkarzami. To co sie wyprawia na niektorych polskich wodach wola o pomste do nieba. Przeciez pozwolenia dla rybakow jak sie nie myle wydaje PZW.
A tu gosciu wyskakuje z pretensjami do zwolennikow " no-kill". Panie Zielinski dopuki Pana pokolenie nie wymrze w Polsce bedzie tak jak jest. Do kultury wedkowania jaka jest na Zachodzie dzieki ludzion takim jak Pan jeszcze w Polsce daleko. Zrob Pan przysloge polskiemu wedkarstwu i przestan Pan wiecej pisac. -
Piotr Data dodania: 2 lata temu Oceń: 0 + / -
@ folas - czy kolega zrozumiał treść artykułu???????? Pan redaktor nie napisał nawet jednego słowa krytyki nt. "tych starych !! skostniałych!! ramoli o stereotypowym i egoistycznym sposobie myślenia". Ograniczył się TYLKO do podania mało sensownych przepisów, i TYLKO podał przykłady z innych krajów, gdzie podobne bzdury NIE MAJĄ MIEJSCA. Gdyby krytykował, to krytyka skierowana by była w stronę PZW, a z tej firmy pobiera wynagrodzenie pracując i pisząc w WW, które są pismem związkowym. A w dodatku, wbrew temu co można przeczytać na tym i innych wędkarskich portalach, wmawia wędkarzom, czyli również Tobie kolego, byśmy chronili, zarybiali, walczyli z kłusolami - tak jakby składki płacone na te właśnie zabiegi, nie wpływały do kas okręgów. Przeczytaj kolego jeszcze raz artykuł i przemyśl. Przeczytaj Kolego komentarze innych Kolegów i też pomyśl, o czym są napisane. Nawet wpis kolegi Bilińskiego, chociaż jest o marzeniu , trudno nazwać optymistycznym i tak rozradowanym jak Twój (bo w tym artykule NIC POZYTYWNEGO I OPTYMISTYCZNEGO NIE MA). Jest za to wiele słów o tym, jak głupi bywa regulamin PZW, i jak NIC się nadal nie zamierza z tym robić. Z gdyby nadal męczyły cię wątpliwości, to zapraszam do przeczytania wpis na moim blogu, gdzie część tych bzdur, autorowi z PZW wytykam. Pozdrawiam.
-
Ryszard Biliński Data dodania: 2 lata temu Oceń: 3 + / -
Drogi Panie redaktorze mam takie marzenie że nie trzeba będzie ścisłego regulaminu będziemy szanować to co w wodzie pływa bo to też żyje szaleni spece nie będą wydziwiać z regulaminem.Wędkarz czasem wezmie rybę bo będzie miał smak zjeść a 80% ryb wróci do wody wiem że to S.F. ale może edukacja i mniejsza pazerność doprowadzi do takiej sytuacji ,po nas też będą wędkarze co im zostawimy z poważaniem marzyciel.
-
Dariusz Dylewski Data dodania: 2 lata temu Oceń: 2 + / -
CYTAT Z ARTYKUŁU - ///...Podobno wszystkie przepisy można jakoś obejść. W wędkarstwie pokazali to niektórzy zwolennicy metody „złów i wypuść”, czyli „no kill”. Dla tych wędkarzy, rekrutujących się głównie z pokoleń internetowo-komórkowych, nie istnieją żadne okresy i wymiary ochronne, nie ma limitów dobowych, nie ma też rejestracji połowów wędkarskich, bo przecież złowione ryby wypuszczają z powrotem do wody...///
Koledzy co tu dużo pisać.
Regulamin Amatorskiego Połowu Ryb - rozdział 4 - paragraf 3 - punkt 3 - podpunkt 3.2 który mówi - Zabrania się łowić ryby w ustalonych dla nich okresach i miejscach ochronnych ...
A coraz więcej trafia się takich którzy w styczniu zakładając 15 cm kopyto twierdzą w czasie kontroli że polują na okonie. Według mnie na wodach nizinnych powinien zostać wprowadzony, nie zakaz spinningowania, a zakaz używania dużych przynęt od stycznia do kwietnia. -
zoltar70 Data dodania: 2 lata temu Oceń: 3 + / -
Koledzy, spróbujmy przeciwstawić się zarybieniom obcymi gatunkami, a forujmy zarybianie rodzimą rybą (szczupak, sandacz, lin, płoć itd ). Bo jak znam to z własnego podwórka, większość wędkarzy (głównie emeryci) preferuje karpia i amura. A zapytajmy ich czy któryś walczył z dużym sandaczem na spining (na żywca słabo walczy), lub wyrośniętym linem takim ok.2,5kg - a takie karpie uważają za "ładne". Wielu wędkarzy nieświadomych jest w jakim stopniu karp i amur przyczyniają się do eutrofizacji naszych wód. Starajmy się wymóc na naszych władzach okręgowych zarybianie drapieżnikami i rybami spokojnego żeru, ale naszymi rodzimymi.
-
zoltar70 Data dodania: 2 lata temu Oceń: 1 + / -
Koledzy, spróbujmy przeciwstawić się zarybieniom obcymi gatunkami, a forujmy zarybianie rodzimą rybą (szczupak, sandacz, lin, płoć itd ). Bo jak znam to z własnego podwórka, większość wędkarzy (głównie emeryci) preferuje karpia i amura. A zapytajmy ich czy któryś walczył z dużym sandaczem na spining (na żywca słabo walczy), lub wyrośniętym linem takim ok.2,5kg - a takie karpie uważają za "ładne". Wielu wędkarzy nieświadomych jest w jakim stopniu karp i amur przyczyniają się do eutrofizacji naszych wód. Starajmy się wymóc na naszych władzach okręgowych zarybianie drapieżnikami i rybami spokojnego żeru, ale naszymi rodzimymi.
-
folas Data dodania: 2 lata temu Oceń: -2 + / -
Rozwiń -
rafal_rafal4 Data dodania: 2 lata temu Oceń: -1 + / -
Rozwiń -
rafal_rafal4 Data dodania: 2 lata temu Oceń: 0 + / -
Gdyby rzeki były zarybiane również drapieżnikami (a nie tylko białą rybą dla siedzących prezesów) to była by zupełnie inna gadka. Niestety rzesza spinningistów jest dyskryminowana. Żadne ryby nie są tak ograniczane jak drapieżniki. W zasadzie wędkarz spinningista może spokojnie łowić od czerwca do października (5 miesięcy), podczas gdy spławikowy znacznie dłużej. A przecież składki płacimy wszyscy taką samą i na zarybianie też.
Może zróbmy rozgraniczenie w kcocie skladki i deklaracje przy jej zapłacie - splawikowiec więcej, spinningista mniej. Bo to co się dzieje teraz to są normlne jaja. -
Piotr Data dodania: 2 lata temu Oceń: 1 + / -
Trudno odmówić racji części przykładów. Tyle, że przykłady te, mają z ochroną ryb tyle wspólnego, co zeszłoroczny śnieg z saharyjskim piachem. Natomiast pozostałe "tematy", są moim zdaniem albo oderwane od rzeczywistości (tak jakby Autor funkcjonował w innej społeczności wędkarskiej), albo miał w nosie kwestię ochrony ryb. Sprawdzenie wątpliwości to sprawa raczej prosta, więc skąd te wątpliwości albo brak jasnego poglądu na stanowisko społeczności wędkarskiej? Może to inne oblicze skostniałego PZW ?
-
nurek Data dodania: 2 lata temu Oceń: 1 + / -
"Gdyby wszyscy wędkarze stosowali zasadę „no kill”,"
To by się nic nie zmieniło,a to tylko z powodu panującej w naszym kraju rabunkowej gospodarki rybackiej.
reklama
Nasza sonda
Najczęściej komentowane
-
Sum gigant
Komentarzy: 217
-
Niepotrzebne rejestry połowów?
Komentarzy: 201
-
Kłusownictwo: sposób na przetrwanie?
Komentarzy: 112
-
KARTA WĘDKARSKA przez internet
Komentarzy: 109
-
Wpadka kłusownika
Komentarzy: 94
-
O wodzie na Mietkowie
Komentarzy: 92
Wędkarskie bestsellery
-
WAHADŁÓWKI NA SZCZUPAKA
CENA: 9,00,-

