Ochrona ryb niedrapieżnych

Aktualności | 2009-08-25 | Wiadomości Wędkarskie | Źródło: Wiadomości Wędkarskie [zobacz oryginał] Wydrukuj

Oceń:

leszcz

Gatunki ryb niekojarzone powszechnie z drapieżnictwem (aczkolwiek kryteria przyrodnicze tego podziału nie są do końca precyzyjne) nie wzbudzają aż takich emocji i kontrowersji wśród wędkarzy jak klasyczne drapieżniki. Nie ulega jednak wątpliwości, że również zasługują na troskę i ochronę ze strony gospodarzy i użytkowników wód, wśród których wędkarze zajmują poczesne miejsce.

Nawet jeśli traktujemy płoć czy krąpia z przymrużeniem oka, nie powinniśmy zapominać o ich ogromnej roli w ekosystemach wodnych. Nie chodzi tu tylko o bazę pokarmową dla tak pożądanych łowiecko gatunków jak szczupak, sandacz czy sum, ale przede wszystkim o miejsce w łańcuchach pokarmowych, czyli troficznych. Niezorientowanym od razu wyjaśnię, o co chodzi. Łańcuch pokarmowy to nic innego, jak obraz zależności, „kto kogo zjada”, a w konsekwencji, jak wpływa na stan jego populacji. Chodzi tu rzecz jasna nie tylko o ryby.

Najprostszym i często przytaczanym przykładem byłyby zakwity glonowe w jeziorach – zjawisko w wysokim stopniu niepożądane zarówno z biologicznego, jak i „wędkarskiego” punktu widzenia. Zakwit to nic innego jak masowe pojawienie się fitoplanktonu – jakiegoś gatunku glona (sinicy, zielenicy). Woda zamienia się wtedy w zieloną zupę, przy dnie zaczyna brakować tlenu, gnije roślinność naczyniowa, ryby cierpią z powodu przyduchy. Czemu fitoplankton rozwija się tak gwałtownie? Jedną z przyczyn jest nadmierny dopływ związków biogenicznych (zawierających azot, fosfor, potas) – i w tym przypadku sposoby zapobiegania takim zjawiskom są już niezależne od wędkarzy. Warto jednak pamiętać, że naturalnym czynnikiem ograniczającym zakwit fitoplanktonu jest zooplankton. Czemu nie zawsze spełnia swoje zadanie? Może go być po prostu za mało. Z jakiej przyczyny? Został wyjedzony przez ryby – przede wszystkim gatunki tzw. spokojnego żeru (określenie to jest wyjątkowo nieprecyzyjne, ale na stałe weszło do literatury fachowej), czyli właśnie płoć, krąpia i leszcza – a głównie ich narybek. Dlaczego gatunki te wywierają aż taki wpływ na ekosystem? Bo często jest ich za dużo. Nie ma kto utrzymywać ich w ryzach – w wodzie pływa za mało drapieżników.

 

 

Biomanipulacja
Terminem tym określamy działania człowieka, który za pomocą określonej ingerencji w ekosystem wywołuje w nim pożądane zmiany. Oczywiście biologia to nie arytmetyka – nie wszystko i nie zawsze da się przewidzieć czy zaplanować. Faktem jest jednak, iż wędkarze wyławiający przede wszystkim ryby drapieżne przyczyniają się do wzrostu liczebności gatunków żywiących się zooplanktonem i pośrednio sprzyjają występowaniu znienawidzonych przez nich (i nie tylko) zakwitów.
Oczywiście ryby niedrapieżne są w ekosystemach wodnych niezbędne. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie namawiał do ich eksterminacji – i nie chodzi tu tylko o bazę pokarmową dla drapieżników.

Najistotniejszą z punktu widzenia biologii kwestią jest tu tak zwana różnorodność gatunkowa – im więcej gatunków będzie występowało w ekosystemie, tym odporniejszy będzie on na niekorzystne zmiany zewnętrzne. Powinniśmy więc robić wszystko, by w konkretnym akwenie pływało jak najwięcej różnych ryb. Temu właśnie mają służyć zróżnicowane formy ich ochrony.

Zacznijmy od gatunków podlegających tak zwanej ochronie całkowitej (ścisłej). Uznano je za tak cenne (z powodu wyjątkowo interesującej biologii lub rzadkości występowania), że zakazano pozyskiwania w jakikolwiek sposób. W Polsce jest ich całkiem sporo, z tym że najczęściej nie mają znaczenia wędkarskiego (np. kiełbie: białopłetwy i Kesslera, śliz czy babka czarna). W tym przypadku w ogóle nie ma o czym dyskutować – złowioną rybę takiego gatunku należy bezwarunkowo wypuścić, nie czyniąc jej żadnej krzywdy. Koniec, kropka. Problemy zaczynają się przy ochronie częściowej, która w przypadku ryb może przybierać trojaką formę: okresu ochronnego, wymiaru ochronnego i limitu połowu. Okres ochronny to pora, kiedy dany gatunek przygotowuje się i przystępuje do tarła. W przypadku ryb niedrapieżnych nie mamy aż tak kontrowersyjnych sytuacji, jak przy sygnalizowanych wcześniej regulaminowych niekonsekwencjach dotyczących drapieżników. Zdecydowana większość karpiowatych w ogóle nie ma okresu ochronnego, a drapieżny boleń jest tylko potwierdzającym regułę wyjątkiem. Z pewnością należałoby się zastanowić, czy jest to słuszna polityka ochronna, trudno jej jednak zarzucić nadmierne skomplikowanie – grzech główny „Regulaminu amatorskiego połowu ryb”.

Drugą z form ochrony częściowej jest wymiar ochronny. Idea jego wprowadzenia jest jasna – chodzi o to, by każdy osobnik choć raz w życiu zdążył przystąpić do tarła. Problemy zaczynają się, gdy uświadomimy sobie różnice w tempie przyrostu poszczególnych gatunków zasiedlających różne wody. W wielu przypadkach, nawet stosując się do regulaminu, wyławiamy niedojrzałe maluchy, a gdzie indziej – osobniki mające już za sobą trudy wieloletnich rozrodów. Z pozoru problem ten wydaje się mało istotny i łatwy do rozstrzygnięcia – ustalmy wymiary ochronne na takim poziomie, by chronić wszystkie osobniki przed zbyt szybkim wyłowieniem, z korzyścią dla dojrzałych płciowo „mikrusów”. Tylko że bywają przypadki, iż taka praktyka doprowadzi do skarłowacenia większej części populacji – a to już zjawisko niekorzystne zarówno z punktu widzenia biologa, jak i wędkarza. Teoretycznie należałoby prowadzić w miarę dokładny monitoring każdego akwenu i ustalać konkretne wymiary ochronne – tylko czy jest to realne? Może pokusić się o taką praktykę choćby na wybranych wodach w przypadku niektórych gatunków o dużym znaczeniu gospodarczym i przyrodniczym? Podobne precedensy już istnieją – na niektórych łowiskach wymiary ochronne zostały zwiększone, zmniejszone lub zniesione. To przykład racjonalnego myślenia z uwzględnieniem zasad rządzących przyrodą, oczywiście jeśli takie zmiany są wynikiem dokładnej analizy naukowej, a nie czyjegoś widzimisię. Z drugiej strony oznacza to jednak kolejne skomplikowanie przepisów i konieczność jasnego poinformowania wędkarza o „lokalnych” zmianach regulaminowych. Nie wszyscy mają możliwość surfowania po Internecie...
Warto poruszyć w tym miejscu bardzo istotną, choć dla niektórych drażliwą kwestię. Otóż wędkarz jest zobowiązany do przestrzegania wymiarów ochronnych i w przypadkach wątpliwych musi skorzystać z profesjonalnej miarki, a nie szacować wielkość ryby „na oko”. Nie będę w tym miejscu pisał o kuriozalnych przypadkach „masowania” okazów okołowymiarowych czy preparowania miarek, bo to już nawet nie kwestia etyki, ale ogólnie rozumianej przyzwoitości.

Dyskusyjne limity
Dochodzimy do najbardziej, moim zdaniem, kontrowersyjnej formy ochrony ryb, jaką jest limit połowów (najczęściej dobowy, choć niekiedy wyznaczany na dłuższy termin, jak w przypadku głowacicy). Pal licho, jeśli jest podany w sztukach – chyba każdy rozumie, że po złowieniu i wpuszczeniu do siatki ostatniej ryby w ramach limitu kolejne musi wypuścić. Tyle że znów pojawiają się tu kontrowersje. Czy włożenie ryby do siatki oznacza jej zabranie, czy też można stosować „podmianki”, byle zmieścić się w limicie? Nie muszę chyba nikogo przekonywać, że każdy kontakt z ludzką dłonią, choćby wilgotną, jest dla ryby szkodliwy, nie mówiąc o pobycie w niewielkiej zazwyczaj siatce (te profesjonalne są wykonane w ten sposób, żeby ryby odnosiły jak najmniejsze obrażenia, więc „no kill” na zawodach jest jak najbardziej sensowne). Próbą poradzenia sobie z tym problemem jest ewidencja połowów polegająca na natychmiastowym wpisaniu do rejestru każdej sztuki, która znajdzie się w siatce. Tyle że ten model wędkowania z długopisem w dłoni spotkał się z tak masową krytyką, że w praktyce trudno wyobrazić sobie jego powszechne stosowanie i przyzwolenie społeczne na karanie niepokornych.

Jeszcze gorzej przedstawia się, moim zdaniem, sytuacja, gdy limit połowu określony jest jako masa ryb, które możemy zabrać z łowiska. Czy należy przez to rozumieć, że wędkarz-smakosz, chcący w gronie licznej rodziny zjeść złożoną ze smażonych krąpi i płoci kolację, powinien od pewnego momentu po każdej złowionej rybie unosić siatkę i ją ważyć? A może robić tak z każdą sztuką z osobna i dodawać sobie wyniki na kieszonkowym kalkulatorze? Mamy tu do czynienia z typowym martwym przepisem, który – choć z gruntu słuszny – będzie wywoływał ironiczny uśmiech na twarzach wędkarzy i wzbudzi niechęć do innych regulaminowych pomysłów, nawet tych w stu procentach racjonalnych. Limity ilościowe są jednak znacznie prostsze do zastosowania i... skontrolowania.
Tekst ten nie jest w zamierzeniu atakiem na twórców „Regulaminu amatorskiego połowu ryb” ani próbą przypodobania się rzeszy „anarchistycznych” wędkarzy, traktujących obowiązujące przepisy... no, powiedzmy, bardzo wybiórczo. Dura lex, sed lex – „twarde prawo, ale prawo” – jeśli wędkujemy w danym akwenie, podpisujemy coś w rodzaju umowy z jego użytkownikiem i zobowiązujemy się do przestrzegania obowiązujących zasad. Nie znaczy to jednak, że nie powinniśmy dążyć do zmiany tych, które wydają się nam nieracjonalne, trudne do przestrzegania i egzekwowania albo po prostu niemądre.
PO

Zobacz podobne

Dodaj komentarz

Komentarze (2)

  • Piotr Data dodania: 2 lata temu Oceń: 0 + / -

    serir

    A ja, ponieważ jestem przekorny i (czasem) złośliwy, poproszę - Więcej karpia!!!!! To tak na przekór najczęstszym działaniom, uznanym za jedynie słuszne i poprawne "politycznie"

  • Wojtek Data dodania: 2 lata temu Oceń: 1 + / -

    tyran1986

    wiadomo, że wszystko, co naturalnie występuje w przyrodzie jest konieczne, i mało tego jest konieczne właśnie w takiej ilości w jakiej jest. Gdyby coś nie było potrzebne, to poprostu by nie istniało.

reklama

Nasza sonda

Czy jesteś za wprowadzeniem górnego wymiaru ochronnego?

  • Tak
  • Nie
  • Nie mam zdania

Głosuj

wyniki

Najczęściej komentowane
Wędkarskie bestsellery