Czas na bolenie
Przeglad prasy | 2010-09-03 | Wiadomości | Źródło: Głos Tygodnik Nowohucki [zobacz oryginał] Wydrukuj
Po weekendzie spotyka się dwóch wędkarzy. – Złowiłeś coś? – pyta jeden. – Niestety, tylko bolenie. W kolanach. – odpowiada drugi
Żart żartem, ale nie o bolenie (czyli ból) w kolanach mi chodzi, ale o wyjątkowo atrakcyjną dla wędkarza rybę, jaką jest boleń, drapieżnik z rodziny karpiowatych. Hol większej sztuki potrafi dostarczyć nie lada emocji. Ta chytra, a zarazem płochliwa ryba wymaga od wędkującego wyjątkowej czujności i umiejętnego zachowania się nad wodą.
Wrzesień i początek października, to chyba najlepsza pora na bolenia, którego spotkać można w Wiśle w okolicach Kujaw i Niepołomic. Ja swojego niezapomnianego bolenia upolowałem w zeszłym roku w okolicach Uścia Solnego, tam gdzie do Wisły wpada Raba. Wisła w tamtych okolicach jest dość atrakcyjną wodą. Sporo jest w niej wychodzących daleko w wodę główek, bystrzyn i spowolnień nurtu. I właśnie tam wybrałem się w połowie września. Była ciepła sobota. Wiał południowo-zachodni wiatr. Stan wody był trochę wyższy niż zazwyczaj, z powodu padających na początku tygodnia kilkudniowych deszczy. Pogoda na ryby wymarzona.
Nad wodą zjawiłem się o dziesiątej przed południem. Panowała niczym niezmącona cisza. W pobliżu żadnego wędkarza. Byłem sam. Postanowiłem porzucać starą srebrną wahadłówką średniej wielkości w bystry nurt, który utworzył się poniżej główki. Pierwsze rzuty nie zapowiadały specjalnych emocji. Nie przerywałem jednak obrzucania okolicy, a najczęściej celowałem w bystry nurt. Po upływie godziny woda nagle ożyła. Co kilkanaście sekund, to tu, to tam woda tryskała, a nad nią pojawiały się niewielkie srebrne uklejki, które przerażone uciekały w popłochu przed jakimś drapieżnikiem. No, no, „biją” duże sztuki! - pomyślałem i zacząłem posyłać blaszkę w kierunku przypuszczalnego rejonu żerowania drapieżnika.
Jednak kolejne rzuty nie przyniosły rezultatu. Rzuciłem jednak po raz kolejny, trochę już zniechęcony. Gdy ściągałem blachę moja wahadłówka jakby zaczepiła o podwodny kamień. Lekko szarpnąłem i wtedy kij ożył. Ryba rozpoczęła naprawdę ostrą walkę. Najpierw poszła prosto z nurtem, potem nagle zatrzymała się, skręciła w niewielki basen, który utworzył się pomiędzy dwiema sąsiednimi główkami. Gdy ponownie podjąłem próbę ściągnięcia ją w moim kierunku, ta nagle zrobiła w wodzie młynka wywołując niewielką kipiel i rzuciła się w kierunku głównego wiślanego nurtu. – Dobrze, że poszła w otwartą wodę, a nie w jakieś chaszcze – pomyślałem. Próbowałem ją zmęczyć trzymając przez cały czas naprężoną żyłkę. Walka trwała około piętnastu minut. Nagle wszystko ucichło. Ryba obróciła się na płetwę grzbietową, a ja rozpocząłem zdecydowany hol do brzegu. Po chwili podebrałem ją podbierakiem. Była ładnie zacięta. To był boleń. Mierzył pięćdziesiąt dwa centymetry. Cieszyłem się jak dziecko.
Jakub Kleń
Zobacz podobne
Dodaj komentarz
reklama
Nasza sonda
Najczęściej komentowane
-
Sum gigant
Komentarzy: 217
-
Niepotrzebne rejestry połowów?
Komentarzy: 201
-
Kłusownictwo: sposób na przetrwanie?
Komentarzy: 112
-
KARTA WĘDKARSKA przez internet
Komentarzy: 109
-
Wpadka kłusownika
Komentarzy: 94
-
O wodzie na Mietkowie
Komentarzy: 92
Wędkarskie bestsellery
-
Kosz skrzynia Konger
CENA: 75,00,-

