Wydruk z rybobranie.pl - Kobitka kupuje robaki » Dobre rady » rybobranie.pl wszelkie prawa zastrzeżone.

Kobitka kupuje robaki

Dobre rady | 2009-08-12 | Wiadomości | Źródło: Informacja własna

Woblery z kolekcji Krystiana Dziedzińskiego

W sklepie z utensyliami do połowu ryb mam zniżkę. Jestem jedyną babą, która dyskutuje o robakach, szczytówkach i woblerach. Jedyną, która ma na swoim koncie lokalne rybne rekordy (sum i szczupak). Ogólnie w naszym sklepie jestem postacią szanowaną.

Ranek, jadą do księgowego po nieprzespanej nocy, spędzonej na korekcie wierszy mojego przyjaciela. Rozmowa z księgowym jak zwykle mnie dobiła, ale po drodze do domu postanowiłam uzupełnić ekwipunek – Wojtek wysypał mi do wody wszystkie ciężarki, a robale się przepoczwarzyły. Poza tym chciałam drapnąć jakiś fajny spławik, tak z półtora-dwa gramy.
 
W sklepie tradycyjnie zapadłam na dłużej. Przyszły nowe kije, fajne, takie po 3 metry z kawałkiem, z włókna węglowego, ale z miękką szczytówką. Nie lubię, jak mi się wszystko majta, więc z kijów zrezygnowałam.
 
Wywaliliśmy wszystkie spławiki na podłogę i cali szczęśliwi zaczęliśmy wybierać najbardziej szpanerskie. Za każdym razem, kiedy kupuję chińskie spławiki, albo haczyki 10 z przyponem zastanawiam się, jak małe musiały być rączki wiążące żyłkę, albo malujące idealnie równe paski...  Wybraliśmy dwa wyjątkowo ładne. Z dziwnych rurek zrezygnowałam. Wyglądały jak końcówki do cewnika.

 

 

 

Przedyskutowaliśmy poważny problem różnych kształtów haczyków, wreszcie zdecydowałam się na Kamatsu. Tradycyjnie -  łowię na nie od lat. Z woblerami też tradycyjnie jest problem -  nigdy nic na nie nie złapałam, ale są takie fajne... Jakby sztuczne rybki z kotwiczkami, długie i ładne.  Wzięłam kilka na wyczucie. W sumie i tak wolę na trupka albo na żywczyka.  Błystki mam opracowane, więc tu nie było problemów. Dokupiłam kilka koszyczków na grunt, jak koszyczki to i haczyki. No, jeszcze kilka plecionych przyponów, bo mi się przypomniało, że się skończyły. Zanęty nie potrzebuję -  mam własną recepturę.

Ciasta nie kupuję -  też mam własne. Robale kiedyś hodowałam na zgniłym mięsie, ale śmierdzą niemiłosiernie. Wolę kupne. Rosówek sobie nakopię na brzegu. A! Jeszcze jakieś pudełko na haczyki. Ostatnie odpłynęło sobie Krutynią.
 
Dyskusja spławikowa tak nas pochłonęła, że właściciel zamknął sklep, wyrzucając z niego kilku wyjątkowo nam przeszkadzających obcych, czyli turystów.
 
-Warszawiacy pewnie – mruknął, wypychając ich za drzwi -  w sumie będzie 47 zetów, ale rabat... No i pani jest tutejsza, no i kobieta... Stały klient... Będzie 10.  A pudełko na koszt firmy. A na podrywkę pani łowi?
 
Rzadko. Nie lubię sterczeć z wędką nad przeręblem, ale dyskusja o rodzajach przynęt i kijów zabrała nam następne pół godziny.
 
Mojego ojca, który robił za kierowcę odnaleźliśmy z synem w knajpce. Pił sobie spokojnie kawę.
 
-Nudziłem się jak mops -  oznajmił ojciec, regulując rachunek i przyglądając się z niedowierzaniem swojemu wnukowi, podziwiającemu larwy muchy -  Ale jak pójdziesz po robaki, to wiem, co mnie czeka.
 
Ojciec za dwie kawy zapłacił 40 złotych. Atrakcji nie miał żadnych. Ja za swoje łupy zapłaciłam 10, a świetnie spędziłam czas. Innymi słowy -  drożej, nie znaczy lepiej. Poza tym warto mieć jakiegoś hopla. No i warto być stałym klientem, tubylcem, na dodatek kobietą. Przynajmniej ze sklepu nie wyrzucają.

Voit