Wydruk z rybobranie.pl - Jak chronimy drapieżniki » Przeglad prasy » rybobranie.pl wszelkie prawa zastrzeżone.

Jak chronimy drapieżniki

Przeglad prasy | 2009-08-17 | Wiadomości | Źródło: Wiadomości Wędkarskie [zobacz oryginał]

Bardzo lubimy łowić sandacze, szczupaki i sumy, ale też ryby łososiowate, i nie ulega wątpliwości, że trzeba je chronić bardziej niż inne gatunki. Granice tej ochrony są jednak nad wodą różnie komentowane. Jedni chcą je łagodzić, inni bardziej zaostrzać.

Co jakiś czas powracają pomysły, aby wzorem krajów anglosaskich zafundować naszym drapieżnikom, np. szczupakowi i sandaczowi, również górny wymiar ochronny. Ale propozycje te nie znajdują na razie na polskim gruncie wielu entuzjastów. Może dlatego, że w wielu akwenach niełatwo o wymiarową sztukę, a naukowcy nie popierają tworzenia populacji wyrośniętych ryb. Okazuje się bowiem, że najlepsze geny przekazują średnich rozmiarów tarlaki – czyli tej wielkości ryby, które wędkarze chętnie widzieliby na haczyku. Tymczasem przeciwnicy szerokiego i, co podkreślają, często dziurawego parasola ochronnego optują za skracaniem i przesuwaniem okresów ochronnych, aby dopasować je do polskich realiów – nawet za cenę podwyższenia wymiarów ochronnych. Są również za przywracaniem wędkarzom wcześniej odebranych przywilejów, jak np. możliwość stosowania podrywki wędkarskiej czy łowienia dwiema wędkami pod lodem. Mają wiele pomysłów, bardziej lub mniej trafnych, z którymi warto się zapoznać.

Okresy ochronne
Wiemy, że są potrzebne dla gatunków drapieżnych. Ale czy w niektórych przypadkach nie ma przesady w ich rozpiętości?
Weźmy na przykład suma. Od 1998 roku został objęty ochroną w okresie od 1 listopada do 30 czerwca, z wyjątkiem Odry poniżej ujścia Warty, gdzie okres ochronny trwa od 1 marca do 31 maja.
Kuriozum tego przepisu polega na tym, że dzieli się polskie wody śródlądowe, w tym również Odrę, na takie, w których to wąsacz potrzebuje 8-miesięcznej ochrony, i na takie, gdzie właściwie można go łowić przez okrągły rok.

Ministerialni urzędnicy, twórcy owej nowinki, uzasadniali, że ten region kraju jest najcieplejszy, co skutkuje wcześniejszym tarłem wielu gatunków ryb. To ciekawe, bo miętusa w dolnej Odrze w ogóle pozbawiono okresu ochronnego. Widocznie nie powinien żyć w tej „cieplarni”, bo tarło odbywa zimą w wyjątkowo chłodnej wodzie. Niektórzy wędkarze się śmieją, że był to pomysł jednego z dzierżawców rzeki, który chciał się pozbyć największych pożeraczy ikry – i tak pozostało do dziś.

Co się tyczy zaś pozostałych wód, to ochrona suma przez tak długi okres nie ma większego uzasadnienia. Przede wszystkim dokładnie nie wiadomo, kiedy wąsacz wyrusza na tarło. A gdy już wyruszy (a to wiadomo na pewno), nie tworzy stad tarłowych i w związku z tym nie jest narażony na przypadkowe podhaczanie i masowe odławianie sieciami. Chronić sumy oczywiście trzeba, ale w okresie jesienno-zimowym, gdy kładą się w zagłębieniach rzeki jeden obok drugiego i są łatwe do wytropienia. Dlatego najlepszym rozwiązaniem byłby okres ochronny trwający od 15 października (wtedy sum przestaje żerować) do końca kwietnia albo maja.

Spośród innych gatunków warto przyjrzeć się troci wędrownej, a może nawet i łososiowi. Te ryby są objęte okresem ochronnym trwającym od 1 października do 31 grudnia (poza Wisłą i jej niektórymi dopływami, gdzie obowiązują inne przepisy). W opinii wielu miłośników zimowych eskapad, już w grudniu (albo przynajmniej od 15 grudnia) powinno się zezwolić na sportowy połów tych salmonidów. Powodów jest przynajmniej kilka. Ale jeden przemawia za tą propozycją aż za nadto: przed świętami nasila się kłusownictwo w pomorskich rzekach, a z doświadczenia wiadomo, że obecność trociowych wędkarzy nad wodą jest na kłusoli najlepszym straszakiem.

 

 

Zaostrzenia w Regulaminie PZW
Związkowy „Regulamin amatorskiego połowu ryb” też warto przewietrzyć. Jest w nim kilka niefortunnych i mało logicznych zakazów. Bodaj najbardziej irytujące wędkarzy są wydłużone okresy ochronne dla sandacza i szczupaka. Państwowe przepisy zezwalają na łowienie tych ryb jeszcze w styczniu i lutym (z wyjątkiem szczupaka w rzekach), a przepisy związkowe na wodach PZW kategorycznie tego zabraniają (nie zabraniały jedynie w sezonie zimowym 1998 – 99).
I oto od 10 lat mamy taką sytuację, że w styczniu i lutym w zamarzniętych jeziorach spółek rybackich wędkarze mogą łowić sandacze i szczupaki, a w związkowych jeziorach nie mogą. Jeżeli mają w swojej okolicy takie akweny do wyboru, nietrudno zgadnąć, gdzie zapłacą za wędkowanie na początku sezonu. Tych wspaniałych drapieżników przecież drastycznie nie ubędzie, gdy zezwolimy na ich połów wyłącznie z pokrywy lodowej. Ktoś powie, że w styczniu i lutym są nabite ikrą... A w grudniu nie są?

Sandacza i szczupaka wcale nie jest tak łatwo zimą namierzyć i przechytrzyć. Kto często wędkuje pod lodem, ten dobrze wie, że sporadycznie udaje się te ryby wyholować. Zresztą samo wprowadzenie ryby do przerębla wymaga nie lada kunsztu i opanowania. Więc po co jeszcze wędkarzom tę przyjemność odbierać.

Kolejnym kwiatkiem w naszym „Regulaminie” jest srebrnooki boleń, nazywany żartobliwie „łososiem dla ubogich”. Rybka zwinna, sportowa, łowiona przez spinningujących wędkarzy głównie w dużych i średnich nizinnych rzekach.
Przepisy państwowe nie przyznały boleniowi okresu ochronnego. Za to Związek dał mu aż cztery miesiące wytchnienia (wytchnienia pozornego, o czym będzie mowa dalej), począwszy od 1 stycznia do 30 kwietnia. I tak dla „ubogich” pozostał w tym okresie tylko łosoś pomorski.
Doprawdy trudno zrozumieć, jakie przesłanki przyświecały autorowi bądź autorom tego przepisu, bo, jak wiadomo, boleń nie ma większego znaczenia gospodarczego, a jego mięso nie należy do rozchwytywanych na pniu rarytasów. Większość wędkarzy wypuszcza te ryby z powrotem do rzeki i... wcale niełatwo je złowić. Dlaczego więc je chronimy?

Zachodnie technologie i patenty
Przed trollingiem, który jest popularną metodą łowienia ryb drapieżnych w Ameryce, Skandynawii i na wszystkich morzach i oceanach świata, broniliśmy się przez wiele lat. W końcu udało się metodę umocować w „Dzienniku Ustaw” i „Regulaminie”. Wreszcie mogliśmy zakosztować na polskich wodach zakazanego „Big Game”. Niestety, tylko za pomocą jednej wędki... Czyżby trollingowanie było skuteczniejsze od dwóch zarzuconych żywcówek?

Euforia i tak nie trwała długo. Wiele zarządów okręgów z roku na rok uszczuplało areał wód przeznaczony dla amatorów trollingowania i sukcesywnie pozbywało się awangardy polskiego wędkarstwa. Zapewne zapominając o tym, że wytrawni trollingiści potrafią zostawić mnóstwo pieniędzy u gospodarza rybnej wody, a przy okazji w okolicznych pensjonatach, sklepach wędkarskich i na stacjach benzynowych, bo silnik w trollingu, podobnie jak kolebiąca się na boki przynęta, pracuje bez wytchnienia.

Jeżeli nadal będziemy zabraniać trollingowania, wędkarze bez wahania przeniosą się z łodziami w inne regiony kraju. I zapłacą podwójnie, aby tylko przejechać się swoją dorożką po falach.
Broniliśmy się również przed echosondą, która jest dzisiaj zamocowana niemal na każdej łodzi wędkarskiej. Wciąż bronimy się przed metodami, które polegają na prowokowaniu ryb drapieżnych za pomocą przynęt poruszanych w pionie. Tak można łowić ryby tylko spod lodu, ale z łodzi już nie.
Słowacy z powodzeniem stosują ten sposób na okonie, sandacze i szczupaki. I dziwią się, dlaczego w Polsce takiej techniki się zabrania. Bo właściwie po co ograniczać wędkarza w tej materii. Jeżeli chce, niech prowadzi przynętę w pionie, na skos, poziomo i metr nad powierzchnią wody. Ma używać regulaminowych przynęt, przestrzegać limitów, wymiarów oraz okresów ochronnych – i tyle.

Nowa moda – no kill
Podobno wszystkie przepisy można jakoś obejść. W wędkarstwie pokazali to niektórzy zwolennicy metody „złów i wypuść”, czyli „no kill”. Dla tych wędkarzy, rekrutujących się głównie z pokoleń internetowo-komórkowych, nie istnieją żadne okresy i wymiary ochronne, nie ma limitów dobowych, nie ma też rejestracji połowów wędkarskich, bo przecież złowione ryby wypuszczają z powrotem do wody. Nawet jeśli gospodarz łowiska zdecyduje, że podstawą do wydania kolejnego zezwolenia jest zwrot wypełnionego rejestru połowów wędkarskich z roku poprzedniego, „nokilowiec” wpisze popularną regułkę „wszystkie złowione ryby wypuściłem”.
I co, gospodarz nie wyda mu zezwolenia? Wyda, bo przecież najlepsi są tacy wędkarze, którzy wypuszczają złowione ryby i jeszcze za nie płacą.
Dawniej, aby pochwalić się wyholowanym okazem, wędkarz musiał złowić go zgodnie z przepisami i raczej rzadko udawało się zwrócić rybie wolność. Dzisiaj są tacy, którym wystarczy szybka fotka „wypasioną” komórką i błyskawiczne przesłanie kolegom MMS-a lub zamieszczenie fotki w Internecie. Nieważne, czy ryba jest w okresie ochronnym czy nie jest. Liczy się tylko okaz, bo przepisy wędkowania nie zabraniają, a zakaz dotyczy jedynie zabierania chronionych gatunków z łowiska (np. w Szwecji wędkowanie w rzekach, do których wpływają tarlaki ryb łososiowatych, jest dozwolone tylko poza okresem ochronnym).
Gdyby wszyscy wędkarze stosowali zasadę „no kill”, zapewne wiele przepisów nie miałoby większego sensu. Ale tworzono by nowe, egzekwujące prawo chronionych ryb do spokojnego żerowania, bezpiecznego odpoczynku i niczym niezakłóconej wędrówki na tarliska.

Drapieżniki są podobno naszym oczkiem w głowie. Zatem chrońmy je, zarybiajmy nasze wody, walczmy z kłusownikami i trucicielami wód, ale nie ograniczajmy sami sobie przyjemności z wędkowania.

Andrzej Zieliński