Wspomnienia pionierów koła

Aktualności | 2010-12-04 | Koło Miejskie PZW nr 17 w Kołobrzegu Wydrukuj

Oceń:

pionierzy wędkarstwa w Kołobrzegu

Kolejny fragment Biuletynu rozpoczyna dalszy ciąg wspomnień Edwarda Kordylasa

Był to chyba kwiecień 1950 r. spotkaliśmy się w prywatnym mieszkaniu pana Stanisława Porębskiego. Jak na wstępie powiedział: w spójności siła, przedstawił wizję przyszłego związku, wzajemną pomoc, koleżeńskie spotkania, organizowanie wspólnych połowów i kontaktów z są­siadami. Było nas wtedy chyba 12 osób, powołaliśmy Koło Miejskie, a preze­sem jednogłośnie wybraliśmy kol. Porębskiego. Jeśli mnie pamięć nie myli, to na tym zebraniu byli: Wacław Bojanowski, Teodor Klein, brat mój i ja ­Kordylas, Puk. Stolarski, Wierzbicki, Wilk, Szymanek, a później doszli jesz­cze - Paweł Czerniakowski i Radwan, tylu pamiętam, ale byli jeszcze i inni. Taki był założycielski początek powstania Koła Miejskiego.

.

Na nadzwyczajnym Walnym Zjeździe Delegatów -10.03.1950 r. w Warszawie, Związek Sportowych Towarzystw Wędkarskich przekształcono na Polski Związek Wędkarski, prezesem został Eugeniusz Grochal.

Dnia 03.07.1953 r. odbył się pierwszy Zjazd Delegatów PZW w Koszalinie. Od nas nikt nie był.

Pan Szymanek Michał przybył do Kołobrzegu w roku 1948. Mieszkał przy ulicy Armii Wojska Polskiego. Urodzony w Drozdowie powiat bia­łostocki - 26 września 1914. Po zakończeniu działań wojennych wyjechał do swego brata do Przemyśla. Okazało się jednak, że nie było tam korzystnych warunków, ani mieszkaniowych, ani korzystnej pracy. Wobec nasilonej agita­cji do wyjazdu na Ziemie Odzyskane, zaraz po poślubieniu żony, już w dwójkę, udali się na Zachód, wybrali Kołobrzeg. Aczkolwiek miasto było niemal totalnie zniszczone, łatwiej było tu o mieszkanie i pracę. Zamieszka­li przy ul. Okopowej, gdzie po małym remoncie urządzili sobie znośne mieszkanko. Pan Michał otrzymał pracę w jednostce wojskowej, jako zaopa­trzeniowiec i kierownik gospodarczy. Prawie od dziecka trudził się łowie­niem ryb, jeszcze w miejscu rodzinnym, tutaj istniały warunki by... powęd­kować. Rzeka Parsęta, kanał drzewny, akwen portu, sprzyjały panu Micha­łowi i wprost kusiły nad wodę. Gdy tylko było trochę wolnej chwili, wybierał się z wędką na połów, a ryb było sporo. Po prostu -lubił łowić. Nad rzeką spo­tykał takich jak on, zapaleńców, zapoznał kolegów i nowych przyjaciół, tak było do 1950 roku. To właśnie wtedy zawiązało się Koło Wędkarskie, a on zo­stał jego członkiem. Tak wspomina tamte dni „To było tak jakoś na wiosnę 1950 roku, siedziałem z wędką nad wodą, przy­chodzi jakiś człowiek i grzecznie powiada: kolego chcemy powołać do życia Związek Wędkarski, zapraszam do siebie w przyszłą niedzielę, porozmawia­my na ten temat - tu podał mi swój adres, poszedłem.

Pamiętam, że mieszkał przy torach, niedaleko dworca. Zebrało się nas kil­kunastu, żona jego przygotowała ciasto, była herbata, ba nawet kieliszek. Była dyskusja, różne propozycje, prawie rodzinna atmosfera. Wszyscy zga­dzali się, że wspólnie możemy więcej dokonać, niż w pojedynkę, że należało­by założyć jakiś sklepik ze sprzętem wędkarskim, nawiązać kontakt z inny­mi kołami, mówiło się o wycieczkach, rywalizacji w zawodach i.t.p. Powoła­no więc Zarząd Koła, a prezesem wybrano Porębskiego. Z obecnych na ze­braniu, już dziś nie pamiętam, ale był tam: Adam Molęda, Kulesza, Wierzbic­ki, Wachowski - innych nie pamiętam. Zebrania odbywały się odtąd na ul. Okopowej, był tam skład drzewa, w świetlicy KPRB, sali Rady Narodowej, a nawet na dworcu, była tam taka salka.

Wobec znacznego kłusownictwa, a za naszym staraniem, Rada Miejska powołała etatowego strażnika, myśmy zaś otrzymali już w 1951 roku Karty Wędkarskie. W tym też mniej więcej czasie powstały Koła przy za­kładach pracy, a więc: Koło Wojskowe, Kolejowe, KPRB, Milicji oraz w Barce. Dla członków tych kół było to bardzo korzystne, przedsiębior­stwa posiadały własny fundusz zakładowy, mogły dofinansowywać róż­ne imprezy, wycieczki, zawody, poczęstunek na zebraniach.” Koordynato­rem imprez było jednak Koło Miejskie, po paru latach, koła te nazywano sekcjami. Z imprez wspominam wycieczki nad Regę do Trzebiatowa, za­wody w Rościęcinie, zawody okręgowe na jez. w Rosnowie, spływ kaja­kowy z Rościęcina, czy też zawody na Kanale Drzewnym w samym Koło­brzegu. Wspominam też często własne wyniki połowów, przygody, wypo­czynek nad wodą. Pamiętam, jak to raz szczupak wciągnął mnie do wo­dy. Oczywiście to było wiele lat wstecz. Siedziałem przy ujściu kanału drzewnego do basenu portu. Nastawiłem się na złowienie szczupaka, za­brałem więc dwie wędki, jedną na złowienie żywca, drugą z dużym spła­wikiem na szczupaka. Koniecznie potrzebowałem małą płoteczkę, ale; jak to często bywa, brała stosunkowo duża płoć. W końcu mnie zdener­wowało i zawiesiłem najmniejszą z tych dużych, wydawało się, że szans nie mam żadnych, płoć miała nieco powyżej 20cm. Zarzuciłem dla uspo­kojenia się i właściwie nie interesowałem się dużym spławikiem, łowi­łem sobie nadal te płocie. W pewnym momencie widzę, że kij mi ucieka, a dużego spławika nie ma, cóż to, chyba zaczep. Szarpnąłem mocniej, a tu, wisi coś bardzo wielkiego. Nie miałem oczywiście żyłki, tylko jakiś tam sznurek, więc podciąganie musiało być delikatne i spokojne. Już te­raz byłem pewien, że to duży szczupak, nie myliłem się, gdy miałem go blisko brzegu i trochę się wynurzył,- tylko jak tu go wyciągnąć z wody; podbieraka przecież nie miałem. Postanowiłem go tak wymęczyć, że bę­dę mógł go podjąć rękoma. Moje napięcie wzrastało, jego siły słabły, ale stale męczyła mnie myśl, aby się nie zerwał. Ta \"zabawa\" trwała dość długo, skracałem nawijając sznur, opór był coraz mniejszy, pole jego ucieczki coraz mniejsze. Nareszcie mam go przy brzegu, ale brzeg nie jest płaski, należało go po prostu z wody wyciągnąć, a nie holować. Kie­dy już biedak prawie bezładnie dawał się podciągać coraz bliżej, klękną­łem na krawędzi brzegu i chcę go wyciągnąć - ręką. Wydawało się wszystko proste i łatwe. Jeszcze skróciłem sznur, już go mam przy sobie, w jednej ręce wędzisko, drugą chcę go uchwycić pod skrzela i ... tu kata­strofa. Ledwie go dotknąłem, jak nie szarpnie, ja łbem do wody, wędzi­sko wypadło mi z ręki, a ... szczupak poszedł w \"siną, a raczej wodną dal\". Wygramoliłem się z wody, kompletnie mokry i przemoczony i ... bie­giem do domu. W tym wszystkim zapomniałem o siatce z rybami, tylko kij zabrałem, a pewnie mijani ludzie myśleli - cóż to za wariat z \"mokrą głową\". W domu szybko do ... łóżka, a żonę wysłałem po siatkę z rybami, ba - już nic nie było. Tak więc, nie tylko szczupaka nie złowiłem, ale pozbyłem się wędki, siatki z rybami, a ... złapałem tylko katar. Mimo wszystko, taką przygodę długo, ba, chyba na całe życie się pamięta. Lu­biłem łowić na spławik, spinning sprawiał mi nieco kłopotu, bo trzeba chodzić, a ja wolałem usiąść w jednym miejscu, obserwować, odpoczy­wać. Dzisiaj, kiedy zbliża się dziewięćdziesiątka, wychodzę sobie nad wodę, posiedzę, podumam, odrywam się od szarości dnia powszechnego, odpoczywam.

Myślę, a nawet odważyłbym się powiedzieć – wędkarstwu zawdzięczam, że dożyłem tak wielu lat w zdrowiu, fizycznej sprawności, pogodzie ducha i sprawności umysłowej.

Mogę tylko poradzić: chcesz być zdrowym, zostań wędkarzem!!

Kolejne fragmenty Biuletynu jubileuszowego wydanego w 2000 roku pod redakcją ŚP Bronisława Zgoły już jutro.

 

Dodaj komentarz

Partner działu

reklama

Nasza sonda

Ile rocznie wydajesz na wędkowanie?

  • do 500,- zł
  • 500,- do 1000,- zł
  • 1000,- do 2000,- zł
  • 2000,- do 3000,- zł
  • 3000,- do 4000,- zł
  • powyżej 4000,- zł

Głosuj

wyniki

Najczęściej komentowane
Wędkarskie bestsellery