KATALOG

Wiadomości Wędkarskie

Przeglad prasy

Grube ryby spod lodu

Przeglad prasy | 2008-01-23 | Wiadomości Wędkarskie Wydrukuj

Oceń:

Wśród znanych mi wędkarzy można by wyróżnić trzy grupy. Pierwsza – od razu dodam, że najmniej liczna – to zdeklarowani przeciwnicy łowienia z lodu. Jeden z nich przyrównuje nawet tę szlachetną czynność do ślęczenia nad sedesem. Cóż, mamy demokrację, obrażać się nie zamierzam. Druga, największa z kolei grupa, to tacy, którzy na lód jeżdżą, bo nie wytrzymują bez łowienia. Zachwyceni scenerią zimowych Mazur czy Suwalszczyzny, z pokorą przyjmują fale brań jazgarzy, cieszą się z każdego przyzwoitego okonia czy leszcza. No i wreszcie trzeci klan… Ci, którzy na zimę czekają jak na zbawienie, gdyż właśnie wtedy łowią największe ryby. Fanatycy spod znaku pierzchni i świdra.


Jak to możliwe – spytają ci, którzy jak wyrocznię traktują słowa starego, dobrego Andrzejczyka, iż z lodu łowi się przede wszystkim okonki wielkości błystki. Proszę Państwa – świat idzie naprzód! Coraz większa popularność zimowego wędkowania spowodowana jest w dużej mierze ogromnymi szansami na pobicie swoich rekordów w kategorii „okoń”, „leszcz” czy „płoć”. Ja sam swoje największe (polskie) okazy płoci i okoni złowiłem właśnie z lodu, a z leszczem byłoby podobnie, gdybym mniej więcej czterokilogramowej ryby nie holował na siłę na „czternastce”.


Jak to możliwe – zapyta dociekliwy Czytelnik – że zima jest taka rewelacyjna, skoro nasze ryby – z wyjątkiem miętusa – nie należą do zimnolubnych i temperatura panująca pod lodem (od zera do czterech stopni Celsjusza) na pewno nie jest dla nich komfortowa. To prawda. Nie twierdzę, że duże ryby – i ryby w ogóle – da się łowić spod lodu na zawołanie. Żerują bardzo chimerycznie i trafienie w porę dobrych brań wymaga od wędkarza nie lada cierpliwości. Jednak inne możliwości, jakie oferuje nam lód, rekompensują tę niedogodność i sprawiają, że coraz więcej wędkarzy przestaje kojarzyć zimowe łowienie z polowaniem na drobnicę.


Lodowa tafla zapewnia nam możliwość dotarcia do każdego niemal miejsca na jeziorze czy starorzeczu i niezwykle precyzyjnego jego obłowienia. Fakt, że w dobie echosondy i GPS-a można namierzać miejscówki także z łodzi, ale z ich spenetrowaniem jest już gorzej. Nie ma możliwości, by tak sprowokować rybę np. twisterem z 10-gramową główką lub leżącymi pomiędzy butwiejącymi szczątkami białymi robakami, jak drgającą nad dnem mormyszką czy błystką podlodową, opuszczaną z milimetrową wręcz precyzją na dno, wzbudzającą obłoczki mułu lub piasku i kusząco skaczącą przed nosem ryby. Przypominam, że tylko przy łowieniu podlodowym (nie licząc morskiego) wolno nam stosować technikę ciągłego podnoszenia i opuszczania przynęty. Jaka jest jej skuteczność, nie trzeba nikogo przekonywać.


Kolejna kwestia związana z precyzją łowienia podlodowego to nęcenie. Możemy teraz stosować znacznie mniejsze ilości zanęt niż w okresie letnim – zarówno z powodu spowolnionego metabolizmu ryb (szybciej się nasycają, a nie ma sensu sypać za dużo karmy, która zacznie się rozkładać), jak i niezwykłej, nieosiągalnej w innych okresach dokładności w podawaniu zanęty. Powszechne stało się już stosowanie specjalnych zanętników, opuszczanych na dno i tam uwalniających zawartość. Tak skomplikowana zwykle czynność, jak nęcenie wielodniowe w wybranym punkcie (trzeba stosować znaczniki, łatwo o kilkumetrowe „rozrzuty”, nigdy nie ustawimy łodzi pod dokładnie takim samym kątem itd.), teraz jest dziecinnie łatwa. Po prostu wybieramy sobie stanowisko i sypiemy zanętę do tego samego przerębla. Nie od rzeczy będzie wspomnieć, że zużywając o wiele mniej zanęty, dajemy odetchnąć tak środowisku wodnemu, jak i portfelowi.


Chciałbym teraz poruszyć niezwykle istotny aspekt zimowych „łowów na grubego zwierza”. Musimy pamiętać, że nie da się łowić jednocześnie dużo ryb i co chwila trafiać okazy. Jeśli zaczniemy penetrować zanęconą na leszcza dziurę maleńką mormyszką z pojedynczą ochotką, możemy w ogóle nie doczekać się brania dwukilowej „patelni”, bo zawsze wyprzedzi ją jakiś krąp. Tak dobierajmy przynęty, by wyselekcjonować duże sztuki. Owszem, czasem będą brały tylko na wspomnianą jedną ochotkę, ale nie wolno nam iść na ilość! Musimy być psychicznie przygotowani na wiele godzin bez „cyknięcia”! Kolega opowiadał mi, jak obławiając mormyszką okoniowy blat w pół wody (w tej strefie spodziewał się dużych ryb), walczył z pokusą opuszczenia wabika na dno i przypomnienia sobie, jak ugina się kiwak… Nie uległ podszeptom szatana, a brań się w końcu doczekał. Największy z trzech garbusów, wyholowanych w ciągu kwadransa, miał 2,15 kg i był gruby jak leszcz. Kiedy zobaczyłem tego okonia, śnił mi się przez kilka nocy.

Kolejna sprawa – sprzęt. Wędkarstwo podlodowe kojarzy się z cienkimi żyłkami – i rzeczywiście są one teraz niezbędne, by nie spłoszyć ostrożnych, delikatnie biorących ryb w czystej wodzie. Jednak powiedzmy sobie szczerze – wyholowanie 3-kilowego leszcza na 0,10 mm to bardzo trudna sprawa. Dodajmy do tego fakt, iż przy ujemnych temperaturach wszystko nam przymarza, krawędzie przerębli bywają ostre, musimy rozkuwać otwór krótką pierzchnią (niezbędne wyposażenie łowcy okazów, maksymalna dozwolona średnica otworu to 20 cm, czyli za mało na dużego leszcza). Przyznam, że po okresie fascynacji grubościami rzędu 0,07–0,10 mm, teraz łowię najczęściej na 0,12, a gdy wiem, że w łowisku pływają „potwory”, nie waham się założyć szpuli z szesnastką – i to do mormyszki! Po prostu nic nie działa na mnie gorzej, niż zerwanie ryby z przynętą w pysku.
Kolejna drażliwa kwestia to osęka. Powiedzmy sobie otwarcie – jest ona bardzo przydatna przy lądowaniu (a właściwie lodowaniu) dużych ryb. Są tacy, którzy ją stosują, inni mają w pogardzie. Cóż – wybór należy do wędkarza, ja sam byłbym daleki od potępiania kogoś, kto owego gadżetu używa, o ile nie dźga ryby na ślepo. Sam noszę małą osękę w koszu, ale nigdy jej jeszcze nie wyjąłem.


Więcej na temat podlodowych połowów rekordowych ryb w numere 2/2008 WW.



Paweł Oglęcki

Dodaj komentarz

reklama

Najczęściej komentowane